Czekam na słońce
Gościnnie: Antoni Królikowski
(1)
O
godzinie dziewiątej trzydzieści był już porządnie zdenerwowany. Wykonał przynajmniej
siedemnaście połączeń: cztery do producentów, siedem do Kamili i sześć do jej
męża – nikt nie odpowiadał. Zmuszony został do nerwowego przechadzania się po
sali treningowej i oglądania każdego drgania mięśnia, każdego grymasu, każdej
emocji na twarzy w wielkiej ścianie luster. W kolorowych skarpetkach sunął po
parkiecie, krzyżując ręce na piersiach i rozważając różne scenariusze. Jednocześnie
próbował nie zwariować.
-
Trzeźwy umysł to podstawa, gdy próbujesz zagrać pijaka – powtarzał mu ojciec,
ale w tej chwili Antek niewiele był w stanie wywnioskować z tej cennej nauki.
Musiał zająć czymś myśli, więc z braku lepszych pomysłów, zaczął powtarzać
kroki. Czuł się śmiesznie, samemu strofując się za opadającą ramę albo
niedostatecznie proste plecy czy nieporządnie wciągnięty brzuch. Krok za
krokiem, figura po figurze, udając, że trzyma w swych dłoniach wyimaginowaną
partnerkę, przemierzał rozległe pomieszczenie, czujnie obserwując swoje odbicie.
Antonii
po drugiej stronie lustra nie był wybitnym tancerzem. Zresztą w normalnym świecie
też nie było najlepiej. Wyglądał mało elegancko, ale za to bardzo zabawnie w
niebiesko-zielonych skarpetkach, szarych, dresowych spodniach i podkoszulku z
wielkim, czerwonym napisem Spending money
on my honey. Ciemne, nonszalancko nieuczesane włosy przydawały mu łobuzerskości,
ale skupiony wyraz twarzy sugerował innym zachowanie bezpiecznego dystansu.
Nie
mógł się powstrzymać – opuścił jedną dłoń i wyciągnął z kieszeni dotykowy telefon
tylko po to, by przekonać się, że jednak nikt jeszcze nie oddzwonił. Cholera,
musiało się stać coś bardzo niedobrego, a on nie mógł pomóc, bo nikt nie wpadł
na to, żeby go zawiadomić. Wspaniale.
Ostatnio
źle sypiał – to mógł być jakiś znak. Śniło mu się, że ucieka przez wielki,
drewniany most. Patrząc przed siebie, widział tylko jego nikły zarys kryjący
koniec całkowicie we mgle. Gdy spoglądał za siebie, dostrzegał to samo. Był
boso, miał na sobie tylko spodenki, w których sypiał. Nie mógł spojrzeć w dół,
nie potrafił. Sen mu na to nie pozwalał. Nie wiedział, przed czym ucieka. Nie
miał pojęcia, jak długo biegnie. Nie wiedział, kiedy przestanie.
Rzucał
się na łóżku, pocił, Janek, jego młodszy brat, utrzymywał, że słyszał, jak mamrocze
coś przez sen. Dziwne, nigdy jeszcze nic takiego mu się nie przydarzyło.
Zatrzymał
się, spojrzał w lustro i zdziwił się szczerze, jakby właśnie po raz pierwszy w
życiu zarejestrował swoje odbicie. Usiadł po turecku na podłodze, kładąc dłonie
na kolanach i oddychając głęboko. Tej techniki uspokojenia nauczyła go kiedyś
mama. Policzył wolno do piętnastu, zamknął oczy i zaczął mamrotać jakiś wiersz
Mickiewicza – tę technikę sam wymyślił, będąc na studiach. Po chwili rozmyślił
się, położył na parkiecie, skrzyżował nogi w kostkach, a ręce podłożył pod
głowę i zapatrzył się w sufit, próbując wybadać wszystkie jego niedoskonałości.
Był
właśnie w trakcie porównywania jego wgłębień do kraterów na powierzchni księżyca,
kiedy wreszcie odezwał się jego telefon.
-
Antek? – powitała go niepewnie Kamila; jej głos ledwo szumiał w słuchawce, ale
wystarczył, by minimalnie zmniejszyć poziom zdenerwowania chłopaka.
-
Kama, nareszcie, martwię się. Jestem na sali i czekam, co się stało?
-
Antek, będziesz bardzo ze mnie niezadowolony. Przepraszam cię, ja nie chciałam,
ale to wszystko jakoś tak samo…
-
Kamila, Kamila, uspokój się – komenda dotyczyła ich obojga – co się stało?
-
Spieszyłam się na trening. Przepraszam, że nie zadzwoniłam wcześniej, ale tutaj
panuje taki niesamowity nieporządek, że właściwie nie wiedziałam kiedy…
-
Gdzie jesteś?
-
W szpitalu. Antek, przepraszam cię, czekam właśnie na trzeciego lekarza, który
ma się mną zająć i…
-
Kamila, czekaj, powiedz mi, co się stało…
-
Spieszyłam się na nasz trening – powtórzyła – potknęłam się na schodach,
zrobiłam bardzo niezgrabny fikołek i wylądowałam na lewej nodze. Chyba sobie coś…
naciągnęłam. Nie wiem, nikt nie chce się na razie mną zająć, wszyscy każą mi czekać.
-
Ale, ale Kamila, wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Andrej jest z tobą? -
połączenie zaczęło wariować.
-
Tak… Jest… Nic… Jasne?...Dzwonię… Się… Antek, słyszysz mnie? Przepraszam cię
jeszcze raz, ja nie…
-
Daj spokój, ważne, że nic gorszego ci się nie stało.
-
Niczym się nie martw, kochany, idź do domu, a ja wszystko załatwię.
-
Ale co ty chcesz załatwiać?
Nie
myślał wtedy na tyle logicznie, by pamiętać, że przecież zobowiązał się do udziału
w tanecznym show, emitowanym przez jedną z najpopularniejszych polskich
telewizji. Kwestia zdrowia jego partnerki stała się dużo ważniejsza. Szczególnie,
że podczas tych kilku tygodni, spędzając z nią niemal każdy dzień, naprawdę
udało im się zaprzyjaźnić.
Po
trzech godzinach okazało się, że to złamanie.
Antek
wrócił do domu, powłóczył się trochę po mieszkaniu, samemu nie wiedząc, co robić,
aż w końcu przyszedł czas, by wyjść do pracy. Wtedy ponownie zadzwoniła Kamila,
oznajmiając, że wspólnie już sobie nie zatańczą.
-
Przepraszam cię za to najmocniej. Wiem, że chciałeś…
-
Kama, daj spokój, przecież to nie twoja wina – przerwał jej natychmiast, uśmiechając
się delikatnie pod nosem - A mój kaleczony taniec i tak nic dobrego nie wnosił
w ten program.
Westchnęła
ciężko.
-
Muszę jeszcze dogadać się z producentami. Nie wiem, jak to się odbędzie, ale najprawdopodobniej
po prostu przywrócą poprzednią parę…
Nie
przywrócili.
Następnego
dnia otrzymał email z wiadomością, że jest już wtorek, do programu na żywo
zostały trzy dni i nawet gdyby producenci bardzo chcieli, poprzednia para nie
będzie w stanie tak szybko dobrze nauczyć się układu. Ale za to jakaś zawodowa
tancerka dużo sprawniej go opanuje – więc po co zmieniać parę, szczególnie
taką, której ostatnio nie poszło i która wybroniła się właściwie tylko dzięki
głosom telewidzów? Nie dyskutuje się z głosem ludu! Łatwiej zmienić po prostu
zawodową tancerkę, zwłaszcza, gdy udział w telewizyjnym programie może być dla
niej sposobem wybicia się, zdobycia popularności i dodatkowo porządnego
zarobienia. Taniec to niewdzięczna branża, chyba nigdzie w Polsce jej lepiej
nie zapłacą.
Trening
miał zacząć się późnym popołudniem, o osiemnastej, bo tancerka zmuszona była
przyjechać do stolicy z Krakowa, gdzie odbywała próby do spektaklu muzycznego.
Spokojnie, nie grała w nim żadnej większej, należnej sobie roli. Stanowiła
tylko ładne tło dla wspaniałych aktorów. Urocze otoczenie, robiące wrażenie
tylko na tych, którzy odpowiednio się skupili. Tańczyła, wyginała się, udając,
że ze sceny pozbyć chce się jej szum wiatru. Na końcu wykonywała kilka
zamaszystych wyskoków baletowych. Koniec występu, kurtyna opada, oklaski, ale
nie dla niej - a to wszystko po dobrych szesnastu latach nauki tańca klasycznego
i towarzyskiego.
Warszawa
przywitała ją chłodem, spalinami i tłokiem. Wysiadła z taksówki i zabrała swoją
walizkę, darując sobie wizytę w hotelu, gdzie miała spędzić noc. U szefostwa
teatru załatwiła sobie wolne aż do piątku.
Otuliła
się mocniej szalikiem, spoglądając w górę na wysoki budynek, w którym mieściło
się wynajęte przez Polsat studio. Wiatr szeleścił połami jej czerwonego płaszcza
i przez chwilę poczuła się jak na scenie. Niechciana.
Uniosła
brew, wmawiając sobie, że przecież nikt nie może jej nic zrobić, że to ona
rozdaje tutaj karty, ona ma władzę, to jest jej życie i jakoś sobie poradzi.
Taką przynajmniej miała nadzieje.
Parkiet
niczym się nie różnił od milionów tych, na których już stawała. Postawiła walizkę
przy drzwiach, zdjęła płaszcz i szalik, przyjrzała się w lustrze swojej szczupłej
sylwetce. Zrzuciła tenisówki, zostając w samych czarnych rajstopach i równie ciemnej
sukience z delikatnego materiału, krótkiej do połowy uda, z mocno wyciętymi plecami,
ale za to długimi rękawami. Jasne włosy związała wysoko w mocny kucyk,
niesforne kosmyki wsunęła za ucho. Z małej kieszonki walizki wyjęła nielegalnie
zgraną płytę z najlepszymi utworami oraz laptop, na którym znajdował się plik z
nagranym układem. Miała się go nauczyć już wczoraj. Dała radę, ale co innego ćwiczenie
w miniaturowym mieszkaniu, które wynajmowała na krakowskim przedmieściu, a co
innego sunięcie po parkiecie, szczególnie, że do walca angielskiego potrzebowała
przestrzeni.
Płyta
znalazła się w odtwarzaczu, a ona przystąpiła do rozgrzewki.
Antoni
uspokoił się chyba dopiero w momencie, gdy dzwoniąc do Kamili, dowiedział się,
że to ona poleciła dziewczynę, z którą miał współpracować. Nazywała się Łucja
Graczyk, była dwukrotnie wicemistrzynią Polski juniorów tańca towarzyskiego, w
konkursach międzynarodowych także zdobywała na tyle zaszczytne tytuły, by
władze programu łatwo dały się przekonać. Szczerze mówiąc, niewiele go to
interesowało, bo po prostu się na tym nie znał.
Podążał
na trening trochę zaniepokojony. Kama była niesamowicie wyrozumiałą partnerką,
a on niesamowicie anty-tancerzem. Co, jeśli nowa towarzyszka parkietu nie będzie
w stanie tego zaakceptować? Czuł się jak dzieciak, zmierzający z tornistrem na
plecach do nowej szkoły, przepełniony ambiwalentnymi uczuciami. Akurat za tym
nie tęsknił, marząc o powrocie do dzieciństwa.
Gdy
tylko wszedł do budynku, usłyszał muzykę. Gitarowe brzmienie z delikatną perkusją,
przepełnione mocnym męskim głosem z desperacją zapewniającym słuchaczy o tym,
że to dziki świat. Uwierzył mu od razu. Nawet gdyby nie wiedział, w którą
stronę się udać, dźwięki spokojnie doprowadziłyby go pod salę. Zatrzymał się na
korytarzu, zaciskając mocniej dłoń na pasku swojej brązowej torby, w której chował
dwie butelki wody, trochę czekolady, telefon i ręcznik. Odetchnął głęboko dwa
razy, a potem wszedł do środka.
Nie
zauważyła go od razu, skupiona na powtarzaniu elementów układu. Zrobiła właśnie
obrót po wykonaniu kroku podstawowego, odwróciła głowę, uniosła się na palce i
wtedy dostrzegła jego odbicie w lustrzanej ścianie. Momentalnie zgubiła rytm i jakoś
straciła wyjściową pozycję. Zatrzymała się na środku parkietu, opuszczając
dłonie wzdłuż ciała i wyglądając tak bardzo nieporadnie, jak może wyglądać
dziewczyna przyłapana na zanurzeniu się w marzeniach.
Przez
chwilę nie było jej na ziemi. Wyginając ciało, słysząc takty muzyki, nie była
już zwykłą kobietą, a ptakiem, który odrywał się lekko od ziemi lub – jak w jej
przypadku – próbował się oderwać. Możliwe, że wciąż jeszcze była brzydkim kaczątkiem,
które nie do końca wiedziało, co tak naprawdę powinno robić. Desperacko
próbowała się unieść, wznieść, wybić ale to niestety nie było możliwe bez
odpowiedniego partnera. Dawno nie tańczyła w duecie. Od dłuższego czasu
zadowalała się solowymi występami – właściwie od czasu, gdy jej wieloletni
partner wyemigrował do Ameryki, żeby tam robić karierę. Kontakt się urwał, ale
pocztą pantoflową od znajomych po fachu dowiedziała się, że nie idzie mu
dobrze. Biedaczek, kolejna ofiara american
dream, zbawiona do wielkiego świata nierzeczywistymi zapewnieniami filmów
dbających o dobry stan duchowy człowieka.
-
Cześć – odezwał się pierwszy.
Piosenka
się skończyła, przeskakując po chwili na kolejny, znacznie szybszy utwór,
którego mocne basy odbiły się echem od ścian sali i uderzyły w ich bębenki.
Podbiegła do wieży stereo i wyłączyła dźwięk. Wyprostowała się dumnie, wzięła
szybki, głęboki wdech, spięła się w sobie, odwróciła na pięcie i ruszyła w jego
stronę, próbując zmusić niesforne, pełne usta do lekkiego uśmiechu.
-
Łucja Graczyk – wyciągnęła bladą dłoń w jego stronę, którą ujął delikatnie,
bojąc się, że może zrobić jej krzywdę.
-
Antoni Królikowski.
To
ona poprosiła o to, by przy ich pierwszym spotkaniu nie było programowych kamer.
Była wystarczająco zestresowana nagłą prośbą Kamili o zastąpienie, prośbą producentów
o natychmiastowe pojawienie się i samą podróżą. Gdyby jeszcze musiała grać
najszczęśliwszą osobę na świecie przed kamerami, chybaby się najzwyczajniej
popłakała, a nie robiła tego często. Aktualnie pozostawała wciąż zszokowana –
przez długi czas absolutnie nic się nie działo w jej życiu i kiedy już straciła
nadzieję, że wydarzy się cokolwiek, wszystko spadło jak lawina, nie pozwalając nawet porządnie
zaczerpnąć oddechu i zastanowić się. Nie lubiła niczego robić nieprzemyślanie, chociaż
w tańcu była mistrzynią improwizacji. Taniec to nie jest jednak życie codzienne,
tutaj trzeba być rozważną, brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje i wykonywane
ruchy. Nie można łatwo poddać się muzyce i pozwolić, by prowadziła, bo zostanie
się zgubionym. Wciągniętym w wir marzeń, z którego ciężko jest się potem
otrząsnąć.
Łucja
była drobniejsza od Kamili. Miała węższą talię i mniejszy biust, nie żeby jakoś
specjalnie zwrócił na to uwagę. Zauważył to po prostu odruchowo, jak typowy mężczyzna,
któremu nagle zmieniono partnerkę. Chyba. Nie wiedział, jak w takim momencie zachowują
się inni mężczyźni. Patrzyła na niego czujnie, dużymi, brązowymi oczami. Ładnymi.
Jasne włosy pozostawały ciasno spięte, opadały falą na odsłonięte plecy, gdzie
pod skórą rysowały się delikatnie wyćwiczone mięśnie. Przez swój czarny strój
wydawała się być jeszcze szczuplejsza, niż była w rzeczywistości. Niemal
zmartwił się jej anorektycznym wyglądem.
-
Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze współpracowało.
Pamiętał
jeszcze zajęcia ze szkoły, na których ich zadaniem było określać abstrakcyjne pojęcia
kolorami na zasadzie skojarzeń. Nadzieja – zielony, śmiech – żółty, przygnębienie
– brązowy. Później dźwięki: szloch, samochodowy klakson, śpiew ptaków, także głosy.
Głos Łucji byłby czerwony. Nie, żeby to cokolwiek zmieniało.
Położył
torbę obok jej czarnej walizki, zdjął skórzaną kurtkę i wyciągnął do niej dłoń:
-
Możemy zaczynać?
Przez
cztery godziny ćwiczyli pierwsze trzydzieści sekund. Zaczynali właściwie od zera,
pomimo tego, że Antek teoretycznie powinien dotychczas opanować kroki, a
wspólnie mieli je tylko szlifować. Nie było mowy o docieraniu się, skoro
jeszcze nawet nie współgrali. A jutro była już środa.
Dodatkowo,
mniej-więcej w połowie próby, odezwali się producenci i zmusili biedactwa do pojawienia
się jutro z samego rana w studiu w celu nagrania krótkiej sekwencji ruchowej do
telewizyjnego intro. Zaprosili ich na siódmą. Wspaniale. Kto rano wstaje, temu…
Zegar
pokazywał dwudziestą drugą trzydzieści siedem, kiedy Antek ostatecznie pozwolił
zwiotczałym ramionom opaść; właściwie pozwolił stoczyć się całemu ciału.
Zabezpieczony twardą, ale śliską podłogą zamknął oczy i oświadczył tonem
trzyletniego dziecka:
-
Mam dość.
I
miał do tego pełne prawo.
Łucja
zatrzymała się nad nim, oddychając ciężko, dłonie trzymając zaciśnięte na biodrach.
Jej blada twarzyczka była zarumieniona, splątane włosy uciekały z kucyka,
tkanina sukienki lepiła się do ciała, a w czarnych rajstopach pokazało się
oczko, zaczynające się tuż nad kolanem i nieubłagalnie ciągnące się w dół aż do
małego palca u lewej stopy.
-
Wykonaliśmy dzisiaj kawał porządnej roboty – wydusiła z siebie, co sprawiło, że
uśmiechnął się lekko – i nie udało nam się absolutnie nic przećwiczyć – dodała
po chwili, a uśmiech na jego twarzy zniknął tak szybko, jak się pojawił –
Jesteś ciężkim partnerem – zauważyła głosem pozbawionym emocji, stwierdzając
fakt.
-
Ja tam jestem zadowolony – wzruszył ramionami, ciesząc się w duchu, że wreszcie
uspokoił oddech – doskonale opracowałem technikę wspinania się na palce i
opadania.
-
Świetnie, Antoni – przewróciła oczami, krzyżując ręce na piersiach - dzięki
temu na pewno wygrasz ten program.
-
Antek – otworzył jedno oko – wystarczy Antek.
Bez
słowa zostawiła go na środku parkietu i podeszła do elektroniki, z której wydobyła
swoją płytę.
-
Koniec na dzisiaj? – zapytał z nadzieją, widząc, jak pakuje sprzęt do kieszeni
czarnej walizki.
-
Tak – odpowiedziała prosto, wsuwając stopy w wygodne buty.
-
Widzimy się rano pod studiem?
-
Tak – zdjęła ciemną tasiemkę z włosów, po czym ponownie wzięła je w garść i poskromiła
na czubku głowy, tworząc niedbały kok.
-
Nocujesz w hotelu?
-
Tak – pochyliła się, by dosięgnąć kolorowego płaszcza, który w jego odczuciu
swoją żywą barwą kłócił się z jej profesjonalizmem i pesymizmem.
-
Pewnie nie jest to zbyt przyjemne miejsce – stwierdził, siadając na parkiecie
po turecku, tyłem do ściany luster.
-
Nie wiem – założyła płaszcz i zapięła jego trzy srebrne guziki, smukłą talię
owinęła paskiem i związała w prowizoryczny supeł – Jeszcze tam nie byłam.
-
Na pewno nie jest przyjemny – stwierdził z mocą, podnosząc się z podłogi.
Boleśnie odczuł jestestwo wszystkich swoich mięśni pośladków, gdy w kilku
krokach znalazł się przy niej – Przyjemne hotele w Warszawie nie są dostępne
maluczkim.
Uniosła
brew, przeglądając się w lustrach.
-
Dzięki – podsumowała kwaśno, przyjmując obojętnie jego przytyk.
Prychnął
cicho.
-
Nie to miałem na myśli – zapewnił – Po prostu nie wyglądasz, jakbyś w kieszeni
tego płaszczyka taszczyła złote karty kredytowe.
-
Antoni, znamy się od kilku godzin – poinformowała go, łapiąc uchwyt walizki –
Nic o mnie nie wiesz.
-
Może – zgodził się, pospiesznie wkładając skórzaną kurtkę, byle tylko móc dotrzymać
jej kroku – ale jestem świetnym obserwatorem i potrafię odróżnić ludzi
posiadających majątek od zwykłego społeczeństwa.
-
Niezwykła umiejętność – zakpiła chłodno, czekając, aż wyjdzie, by mogła zamknąć
salę na klucz – Pewnie często przydaje ci się w życiu codziennym…
-
Nie narzekam – zgodził się, czekając, aż srebrny kluczyk odpowiednim dźwiękiem
poinformuje ich o niedostępności parkietu dla reszty świata.
-
Może zamiast hotelowego standardu wolałabyś zjeść domową kolację i przespać się
na kanapie?
Gdy
zadał to pytanie, Łucja wydawała się być tak samo bierna, jak kluczyk pozostawiony
starszej pani w portierni.
-
O niczym innym nie marzę – stolica oślepiała neonami, ogłuszała rykiem silników
i zabijała płuca smogiem, jak zwykle.
-
Moja mama robi wspaniałe naleśniki, moglibyśmy ją zmusić, żeby porzuciła przeglądanie
scenariuszy dla dobra naszego zdrowia.
-
Mieszkasz jeszcze z rodzicami? Wróżę ci świetlaną przyszłość – zatrzymała się
na krawężniku, rozglądając się nerwowo za taksówką.
-
To jest bardzo wygodne – ustawił się tuż obok niej, patrząc, jak marszczy brwi
– Po za tym, chwilowe, na szczęście. Nie poderwałbym w ten sposób żadnej
dziewczyny.
-
Och, na pewno chętne tłumy nie poddałyby się przy takim szczególiku.
-
Hej, tylko żartowałem.
-
Wybacz, Antoni, ale w czasie przejazdu z Krakowa gdzieś koło Łodzi mój dobry humor
postanowił wskoczyć w pociąg do Wrocławia.
-
Antek – poprawił ją ponownie – Wystarczy Antek.
Kiedy
zobaczyła swój hotelowy pokój, zaczęła zastanawiać się czy propozycja naleśników
i kanapy Antka na pewno była takim złym pomysłem. O wygodzie tutaj nie było mowy,
co dopiero wspominać o guście. Dzięki ci, drogi Polsacie. Ładnie dbasz o swoje
przyszłe gwiazdy.
Pokój
był niewielki, przez co małżeńskie łóżko zajmowało praktycznie całą jego przestrzeń.
Jedynymi meblami urozmaicającymi monotonię przestrzeni były krzesło w rogu i niewielka
toaletka tuż przy nim. Aha - i wieszak na ścianie. Zielony. Cudeńko. Bardzo
ładnie kontrastował z szarawym pomarańczem tapety.
-
Chcesz się tylko wyspać – przypomniała sobie na wszelki wypadek – Nie przyszłaś
tutaj podziwiać wystroju wnętrz.
Bała
się zerknąć do pokojowej łazienki, ale czuła grubą warstwę kurzu i potu na skórze,
więc została do tego niejako zmuszona. Bóg-taniec znowu żądał od niej poważnej
ofiary, a ona znowu mu uległa. Stojąc nago pod prysznicem, rozglądała się
nerwowo dookoła, próbując jednocześnie nie wypatrzyć żadnego pająka czy
karalucha. Wtedy chybaby zemdlała. Mimo wszystko głupio wyglądałoby, gdyby straciła
przytomność biorąc prysznic.
-
Byle do rana – zamknęła na chwilę oczy, wchodząc bezpośrednio pod strumień –
Byle do rana.
Godzina,
o której Antek Królikowski pojawił się w studiu, nie była siódmą.
-
Miło, że szanujesz czas innych ludzi.
Łucja
od dobrej godziny siedziała na niewygodnym, plastikowym krzesełku w garderobie,
do której pozwolił jej wejść któryś z wizażystów. Zdążyła przebrać się już w
złotą sukienkę z cekinów, w której miała zapozować - niesamowicie niewygodną,
zupełnie niepraktyczną, drapiącą, gryzącą, dokładnie taką, jakiej sama nigdy by
nie założyła. Specjaliści zajęli się jej fryzurą i makijażem. Ktoś spiął jej
włosy wysoko, część pasm pozostawiając swobodnie opadających na odkryte aż po
pośladki plecy. Zasugerował jej koloryzację na odcień bardziej intensywny,
który „pozwoliłby uwydatnić jej naturalny blask”. Już ona chciała mu pokazać,
gdzie może sobie ten naturalny blask wsadzić, ale właśnie wtedy się uchylił,
ustępując miejsca bardzo konkretnej pani, która przykryła jej nagie partie
ciała toną makijażu. To miło z jej strony, że zadbała o to, by Łucja wyglądała
zupełnie jak nie ona.
-
Mi też miło cię widzieć – nie mógł się powstrzymać: pochylił się, wprawiając w
zakłopotanie jej idealnie obojętny wyraz twarzy i musnął powietrze tuż obok jej
policzka swoimi ustami. Z łobuzerskim uśmiechem obserwował, jak otwiera szeroko
oczy, zdumiona i zaciska krwistoczerwone usta w cienką linię. Czyżby za bardzo
się spoufalał?
Bardzo
ładnie wyglądała, marszcząc brwi, kiedy jej oczy podkreślone były cienką linią
czarnej kredki, lekko unoszącą się przy końcach. Starannie wytuszowane rzęsy,
pełne usta, gładka cera. W dodatku buty na wysokim obcasie, cieliste,
delikatnymi paseczkami trzymające się stopy. Porcelanowa laleczka ubrana w
złoto. Ledwo ją poznał. Wczoraj, jako czarna pantera, wyglądała zupełnie
inaczej.
-
Dzwoniłem, że się spóźnię – wytłumaczył, zrzucając czarną kurtkę z ramion i wieszając
ją na oparcie krzesła. Ktoś do niego podszedł, klepnął w ramię, uśmiechnął się
i wręczył garnitur, w którym miał się zaprezentować.
-
Super – skomentował to, wydając się być naprawdę zadowolonym – Ostatnio miałem
niebieski. Złoty pasuje mi bardziej.
-
Nie zadzwoniłeś do mnie.
-
Nie mam twojego numeru.
Antek
bez skrępowania zaczął zdejmować z siebie koszulkę. Dopiero, gdy zsunął ją z
ramion i rzucił w ślad za kurtką, spojrzał na zmieszaną minę partnerki.
-
Przepraszam – zaśmiał się krótko – Luźne przyzwyczajenia jeszcze ze szkoły.
-
Nie chcę wiedzieć, jakie co kończyłeś z takim savoire-vivrem – ostentacyjnie
zmieniła pozycję, siadając na krześle bokiem, spojrzenie wbijając w ścianę.
-
XXI LO imienia Kołłątaja, serdecznie polecam.
-
Często rozbierałeś się przy dziewczynach?
-
Kiedy zajęcia tego wymagały.
-
Ugh – jęknęła, a on prychnął.
-
I to mówi tancerka.
-
Drogi Antoni, istnieje pewna subtelna różnica między tańcem, a rozbieraniem się
przed koleżankami ze szkoły.
-
Ciało to ciało. Po za tym, przecież nie robiłem tego dla przyjemności.
-
Więc po co?
-
Dla sztuki.
Tego
nie mogła już wykpić.
-
Zróbcie coś – zaproponował luźno reżyser. Czyżby te summa summarum dwanaście
sekund miało być debiutem jego życia? Przykro mi, jeśli tak, wytypowanie Łucji
i Antka mogło być największym błędem w jego karierze… Nie, mogło spowodować
brak jakiejkolwiek kariery. Cała przyjemność po ich stronie, nie ma za co,
panie kolego.
Złota
dziewczyna i błyszczący chłopak nieporadnie stali przed kamerami, podczas gdy
przynajmniej siedem innych osób gapiło się na nich z wyrazem znużenia na
twarzach.
-
Co?
-
Zatańczcie – no, geniusz, no! – albo coś.
Łucja
tylko uniosła brwi i skrzyżowała ręce na piersiach. Za to Antek dał się ponieść
i zaczął podskakiwać nerwowo, wymachując rękami, jakby udawał płetwonurka,
wspinającego się po drabinie w desce snowboardowej. Sala zareagowała głośnym,
szczerym śmiechem.
-
Może teraz razem? – zasugerował geniusz reżyserski.
Chłopak
pewnie złapał dłoń swojej partnerki i szarpnięciem odwrócił ją w swoją stronę.
Niezadowolona, została zmuszona do skonfrontowania się z jego szerokim
uśmiechem.
-
Coś ty dzisiaj taki zadowolony? – zdążyła wyszeptać, nim docisnął jej ciało do
swojego, przyjmując klasyczną pozycję.
-
Później ci to wyjaśnię – obiecał – Mogę poprowadzić?
-
Proszę bardzo, choć przez chwilę bądź mężczyzną.
Zapowiadała
się ciekawa współpraca.
Tak, faza, przyznaję się. Maleńki, popiątkowy crush. Ale to podobno szybko mija.

Niech nie mija, błagam. Kocham Antka <3
OdpowiedzUsuńTo tyle z moich niezwykle na temat i wysublimowanych komentarzy. Jestem urzeczona, zakochana i idę się schować. Za dużo piękna.
Zapowiada się ciekawa historia ^^ Miniatura miniaturą, ale jakby kiedyś znowu piątek Cię zniszczył i zapragniesz kontynuować Antka, to ja się nie obrażę :D
OdpowiedzUsuńCzyżby Cat i jego "Wild World"? <3 Bardzo zacnie. A nawet, jeśli nie, to to było moje pierwsze skojarzenie i słuchałam pół dnia, więc i tak dzięki.
Co tu opowiadać... jest pięknie i wspaniale, jak zawsze <3