sobota, 28 lutego 2015

#062 - miniatura: SKOMPLIKOWANE cz.2

Byłam pełna podziwu, że Jack bez chwili wahania zgodził się zostawić mnie samą w ich mieszkaniu, kiedy nadszedł już czas, żeby pokazać się na popołudniowych zajęciach - Boże błogosław popołudniowe zajęcia! Nie byłam żadnym oszustem, oczywiście, ale wciąż... sama nie wiem, ja chyba nie byłabym taka skłonna pozostawić kogoś samego w miejscu, gdzie było tyle potencjalnych do zepsucia rzeczy.
Zdziwiło mnie szczerze odkrycie pralki w łazience, ale skoro już teoretycznie na nią wpadłam, mogłam zmusić ją do użytku. Co prawda proszek do prania znalazłam dopiero pół godziny później, wepchnięty między zakurzone garnki gdzieś w kuchennych odmętach, ale moje odzienie desperacko wymagało porządnego prania. Kiedy byłam w drodze, kilkakrotnie zdarzyło mi się przepierać bieliznę w rzece. Cóż, jest to o wiele mniej zabawne, niż mogłoby się wydawać.
Byłam właśnie w trakcie drugiego prania kolorowego, kiedy pierwsze kolorowe i czarne już beztrosko się suszyło na całej długości i szerokości mieszkania - miałam problem, gdzie bezpiecznie pozwolić schnąc mojej bieliźnie, bo zostawianie stanika na wierzchu w mieszkaniu dwóch udających dorosłych chłopców nigdy nie jest dobrym pomysłem, ale znalazłam jakiś mikropokój z masą pudeł, gdzie upchnęłam wszystkie swoje fikuśne ciuszki na dwóch sznurkach zawieszonych między pudełkami; to była chyba po prostu jakaś graciarnia z dwuletnią warstwą kurzu, więc wydawała się bezpieczna... Więc byłam właśnie w trakcie drugiego prania kolorowego, kiedy usłyszałam, że ktoś dosłownie dobija się do drzwi. Zmroziło mnie w pierwszym odruchu, ale potem przypomniałam sobie, że a - nie jestem w swoim mieszkaniu i b - samotna kobieta w nieswoim mieszkaniu według mnie nie powinna otwierać drzwi z wiadomych powodów nikomu, dlatego powróciłam do sortowania prania. Jednak szkodnik z zewnątrz był bardziej zażarty niż mogłam się spodziewać i po dziesięciu sekundach moje serce zabiło bardzo głośno na dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. To nie mógł być Jack, bo jego zajęcia trwały dzisiaj do późna, zresztą podobnie jak Finna – poza tym, HALO!, żaden z nich by nie pukał, prawda?. Więc miałam problem.

#061

okej, żuczki . Głód Życia jest w trakcie tworzenia i tak, teraz będę się tłumaczyć, dlaczego jeszcze go nie ma - mam szkołę i dziwnym trafem wszyscy nauczyciele postanowili zrobić nam wszystkie sprawdziany TERAZ, bo to przecież idealny czas, żeby powtarzać WSZYSTKO, a nie uczyć się do matury. tak więc, przepraszam, ale są dni, że nie oddycham.
o i byłam chora ostatnio, a jak jestem chora to jakoś tak wychodzi, że wszyscy moi bohaterowie umierają, więc sami wiecie, dlaczego nie chciałam się za to zabierać... BO MA SIĘ SKOŃCZYĆ DOBRZE. dziękuję.

PS. Skomplikowane nr.2 pojawi się później, ale dzisiaj.
Do zobaczyska!

wtorek, 10 lutego 2015

#060 - miniatura: SKOMPLIKOWANE cz.1



Szczerze mówiąc, nigdy nie zakładałam, że mój powrót będzie wyglądał właśnie tak; że będzie taki niespodziewany i do bólu zwyczajny. Nie zakładałam też, oczywiście, że powita mnie czerwony dywan i głośne fanfary, ale Londyn, moim zdaniem, mógł bardziej przygotować się na moje przybycie. Jego ulubiona marnotrawna córka wróciła właśnie z około dwuletniego odwyku od rzeczywistości, dlaczego się nie ucieszył?
Nie padało i może to miało być jedyną oznaką jego pozytywnego nastawienia wobec mnie. Taksówkarz uśmiechnął się tylko krzywo, kiedy oszacowałam szczerze niewielką sumę pieniędzy znajdującą się w moim portfelu i podziękował grzecznie, zostawiając mnie w świetle latarni w środku niczego z wielką walizką wypchaną po brzegi rzeczami, które w tej sytuacji były nieprzydatne. Taki właśnie był już urok mojej osobowości - zabieranie ze sobą miliona rzeczy, które nigdy nie uratują twojego tyłka.
Telefon groził rozładowaniem od blisko czterech godzin, ale dzięki bogu była to jeszcze ta mistyczna przedpotopowa wersja, która umożliwiała mu działanie przez jeszcze blisko godzinę. Ach, wspaniałe antyki, tylko wy kiedyś pozostaniecie.

#059

HELOOOOŁ,
przepraszam, że musieliście czekać tak długo, ale na swoją obronę mam tylko... nic. możecie mnie zasztyletować.
MICHAŁ, 15. 
i uprzedzając wszystkie pytania: nie, to nie jest jeszcze koniec.
uprzedzając następne pytania: nie, nie wiem, gdzie jest koniec.

żeby nie było, że tak się opieprzam całe życie, napisałam sobie miniaturkę, której pewnie nie skończę, ale miałam ogromnego crusha, więc postanowiłam go wykorzystać. będzie tutaj już dzisiaj/jutro.
do miłego, robaczki!