Szczerze mówiąc, nigdy
nie zakładałam, że mój powrót będzie wyglądał właśnie tak; że będzie taki
niespodziewany i do bólu zwyczajny. Nie zakładałam też, oczywiście, że powita
mnie czerwony dywan i głośne fanfary, ale Londyn, moim zdaniem, mógł bardziej
przygotować się na moje przybycie. Jego ulubiona marnotrawna córka wróciła
właśnie z około dwuletniego odwyku od rzeczywistości, dlaczego się nie
ucieszył?
Nie padało i może to
miało być jedyną oznaką jego pozytywnego nastawienia wobec mnie. Taksówkarz
uśmiechnął się tylko krzywo, kiedy oszacowałam szczerze niewielką sumę
pieniędzy znajdującą się w moim portfelu i podziękował grzecznie, zostawiając
mnie w świetle latarni w środku niczego z wielką walizką wypchaną po brzegi
rzeczami, które w tej sytuacji były nieprzydatne. Taki właśnie był już urok
mojej osobowości - zabieranie ze sobą miliona rzeczy, które nigdy nie uratują
twojego tyłka.
Telefon groził
rozładowaniem od blisko czterech godzin, ale dzięki bogu była to jeszcze ta
mistyczna przedpotopowa wersja, która umożliwiała mu działanie przez jeszcze
blisko godzinę. Ach, wspaniałe antyki, tylko wy kiedyś pozostaniecie.
Lista moich kontaktów
nie składała się co prawda z wielu pozycji mieszkających w Londynie, do których
mogłabym beztrosko zapukać do drzwi o - szybkie spojrzenie na zegarek na
przedramieniu - czwartej nad ranem, ale pozostawała mi zawsze jedna, bardzo
oczywista opcja, w moim przypadku będąca raczej ostateczną. Dom mojej siostry.
Home, sweet home, pragnęłoby się
powiedzieć, jednak jaki był sens pełznięcia na drugi koniec miasta z ciężkimi
tobołami pięknych, dwuletnich wspomnień ze zdecydowanie cieplejszych rejonów
Europy, szczególnie, jeśli miało się trafić do miejsca, które nijak - nigdy -
nie było dobre, ciepłe, przepełnione miłością; słowem, nigdy nie było domem,
którym powinno być. Nie dla mnie. I, niestety, ani ja, ani moja siostra nie
byłyśmy w stanie tego zmienić.
Spojrzałam w niebo i
zmarszczyłam czoło, kiedy zaczęły się na nim formować deszczowe chmury. Cóż,
może jednak Londyn wcale nie cieszył się z mojego powrotu... Trudno - czwarta
zero siedem - Jack będzie musiał mi to wybaczyć.
Byłam zdeterminowana,
kiedy wciągałam siłą ogromną walizkę na czwarte piętro, kląć siarczyście -
oczywiście tylko w myślach, jeszcze wyrzucono by mnie z budynku za zakłócanie
ciszy nocnej, a to byłaby już totalna porażka - na każdym stopniu i dysząc
ciężko. Moje wszystkie wyćwiczone wielomiesięczną pracą mięśnie umarły w
konfrontacji z długą jazdą koleją, nużącym lotem samolotem i niemal godzinnym
spacerem - byłam zbyt zmęczona, żeby nawet myśleć, a była - szybkie spojrzenie
na zegarek - piąta zero trzy - ojej. Na nogach byłam od dobrych trzydziestu
godzin a moje ciało lubiło sen. Dlatego teraz kategorycznie odmawiało
współpracy.
Za punkt honoru
postawiłam sobie umożliwienie Jackowi zażycia jak największej dawki snu,
dlatego odczekałam dwie minuty przed jego drzwiami. Nie byłam jeszcze w środku,
a już mogłam powiedzieć, że wiele się tutaj zmieniło, odkąd zajrzałam
przelotnie do jego mieszkania jakieś... osiem miesięcy temu? Tylko po to, żeby
przywitać się/pożegnać ze znajomymi z Londynu, będąc akurat na dwugodzinnym
przystanku w trasie Europa - Ameryka - Azja; czekałam na samolot do Nowego
Jorku.
Nie oceniajcie mnie na
podstawie tych kilku informacji. Fakt, że mogłam sobie pozwolić na jako-tako
swobodne podróżowanie po tym dzikim, nieogarniętym świecie, zawdzięczałam
jedynie sporej, jak sama szacuję, determinacji, bo niejeden zrezygnowałby z
podróży, przyglądając się moim standardom. Och, ileż to razy zatrzymywałam się
w jednym miejscu dłużej niż planowałam, tylko dlatego, że przeliczyłam się albo
ponownie okazałam się matematycznym geniuszem i musiałam pierwsze trochę
zarobić przed dalszym ruszeniem w trasę. Gdzie tak pędziłam? Sama chciałabym wiedzieć.
Byłoby mi bardzo na
rękę, gdyby moi rodzice mieli chociaż trochę zbędnych pieniędzy i mogłabym na
przykład podarować sobie niektóre rozważania życiowe w środku wędrówek przez
nieznane kraje - jedzenie czy to maleńkie arcydzieło z drewna wyrzeźbione ręcznie
przez Indianina? albo te jeszcze bardziej egzystencjalne - jedzenie czy nocleg
bez narażania się na pogryzienie przez węża/niedźwiedzia/narkomana? jedzenie
czy picie?
Nie martwcie się, nie
było tak źle. Chciałam tylko zaznaczyć, że nie jestem dzieciakiem
przyzwyczajonym do luksusowych wizyt zagranicznych. Poza tym, lubiłam swoje
życiowe rozważania, a każde zwiedzone miejsce doceniałam podwójnie.
Zamrugałam i otrząsnęłam
się z zamyślenia. Brak snu odrywał
mnie od teraźniejszości. Odetchnęłam głęboko i spróbowałam się uśmiechnąć, żeby
wyglądać na dużo mniej zmęczoną niż byłam w rzeczywistości, kiedy będę konfrontować
się z moim...
- Och.
W momencie, w którym otworzyły
się drzwi, zupełnie burząc mój plan jakiegokolwiek przygotowania się na to
spotkanie i ułożenie sobie w głowie całego planu rozmowy, przebiegu sytuacji -
oraz wymyślenia paru błyskotliwych, jak na tę wczesną porę, żartów - on
beztrosko postanowił pojawić się w drzwiach, wyglądając bardzo dobrze jak na
piątą rano i zdecydowanie lepiej ode mnie.
Nie było już czasu na
próby i przemyślenia, dlatego uśmiechnęłam się szczerze, szeroko.
- Finn. Cześć. Nie
sądziłam, ze cię tutaj zastanę.
- Molly - chwilę mu to
zajęło, ale wreszcie się udało - Nie poznałem cię od razu - nareszcie ktoś
powitał mnie uśmiechem - Wyglądasz... na zmęczoną,
Tak, ludzie, oto właśnie
byłam ja, zawsze maleńka Molly. Zostałam tak nazwana na cześć - albo na
pamiątkę...? - mojej świętej pamięci babci i miałam ogromną nadzieję, że ona
dobrze się mną opiekuje gdzieś tam, gdzie akurat się znajduje. Osiem miesięcy
temu, przechodząc jak burza przez mieszkanie Jacka miałam jeszcze krótką,
chłopięcą fryzurkę, którą zafundowałam sobie, kiedy objeżdżałam północne
wybrzeże Afryki i później upalną resztę wiosek Morza Śródziemnego aż do
Francji, gdzie nagle zawróciłam do Londynu, decydując się na wyjazd na następny
kontynent. Ostrzygłam włosy gdzieś w połowie trasy, nie mogąc się z nimi dogadać
podczas wysuszających umysł upałów i nie żałowałam tego. No dobrze, może na
początku trochę nad nimi powzdychałam, patrząc jak leżą nieżywe u moich stóp,
ale z czasem zaczęłam doceniać ich brak. Teraz sięgały mi już do ramion i
powoli zaczynaliśmy się dogadywać.
- Dobrze cię widzieć -
zbliżył się do mnie, by mnie uściskać, ale w porę go powstrzymałam.
- Ugh, nie, wybacz,
żadnego ściskania, jeszcze nie teraz. Mam na sobie zapach wielu nieprzyjemnych
godzin podróży.
- Nie przeszkadza mi to
- i mimo mojej uniesionej w niemym proteście ręki, uwięził mnie szczelnie w
uścisku, a ja tylko miałam nadzieję, że mój rzeczywisty zapach nie zwali go z
nóg. To mogłoby być kłopotliwe.
Musiałam przyznać, chcąc
nie chcąc, że miło było znaleźć się znowu w ramionach kogoś, kogo się znało od
tak dawna. Ciepło i bezpieczeństwo, spokój - były miłą odmianą po szaleńczych
wyzwaniach i świeżo nawiązanych znajomościach, nieważne jak bardzo ekscytujące
by się one nie wydawały.
Właśnie w momencie, gdy
zaczęłam się rozluźniać i beztrosko położyłam głowę na jego ramieniu, Finn
teatralnie pociągnął nosem i powiedział cicho z rozbrajającą szczerością;
- Miałaś rację. Cuchniesz.
Zachichotałam, odsuwając
się od niego i kręcąc z politowaniem głową.
- Wejdź - porwał w
dłonie moją walizkę i zaprosił mnie do środka.
Zachowywaliśmy się
bardzo cicho, nie chcąc obudzić Jacka. Finn posadził mnie na wysokim stołku w
kuchni, umieszczając wszystkie moje rzeczy w swoim pokoju.
- Myślałam, że jesteś
teraz w Stanach - wyszeptałam, kiedy wrócił do kuchni. Zaproponował mi herbatę,
ale odmówiłam. Po wizycie w Indiach byłam przekonana, że żadna herbata z
torebki już nigdy mnie nie usatysfakcjonuje. Pod tym względem byłam trochę
snobem.
Wzruszył ramionami,
kiedy stawiał przede mną wysoką szklankę i wypełniał ją sokiem pomarańczowym.
- Byłem tam przez
chwilę, ale zmieniłem zdanie. Plany biznesowe nie ułożyły się tak, jakbym sobie
tego życzył. Było parę małych sprzeczek, nic ważnego - sprecyzował, kiedy
uniosłam brew, wypijając duszkiem kilka sporych łyków - Zdecydowałem się wrócić,
więc można powiedzieć, że mieszkanie znowu należy do bliźniaków - uśmiechnął
się, opierając łokcie na blacie przede mną - A ty, Mo, wróciłaś? czy robisz
sobie tylko przystanek przed kolejnym wylotem?
Szczerze mówiąc, sama
nie wiedziałam.
- To trochę...
- ...skomplikowane -
dokończył za mnie, jakby to było oczywiste. chociaż w moim przypadku
najprawdopodobniej było. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak często
używałam tego słowa na określenie mojej sytuacji życiowej.
- Przeszkodziłam ci w
czymś - zauważyłam, kiedy sok pomarańczowy pobudził przyjemnie moja szare
komórki.
- Nie, to nic. Miałem
zamiar iść filmować wschód słońca - przewrócił oczami - Nowy projekt Jacka, na
który pewnie nie będzie miał czasu... albo siły, bo przecież jeśli chce się mieć
nagrany wschód słońca, trzeba wstać przed nim, prawda? Ale mogę to zrobić kiedy
indziej.
- To głupie. Powinieneś
wciąż iść, tylko pozwól mi się tutaj trochę przespać i znikaj, jeszcze zdążysz.
Oczywiście, że
zachowywałam się aż nazbyt swobodnie, ale primo
- byłam zdesperowana i secundo - świadomość,
że ktoś przeze mnie znów musiałby się obudzić o nieludzkiej porze dobijała mnie
jeszcze bardziej. Poza tym, jedyne czego pragnęłam tak naprawdę, to tylko kilka
godzin snu, bez sensu byłoby więc, gdyby Finn stał nade mną i patrzył...
- Ja...
- Nie kloc się ze mną -
zmarszczyłam brwi, odsuwając pustą szklankę na bok - Błagam, tylko daj mi się przespać.
Przewrócił oczami, ale
się zgodził. Zaoferował mi nawet możliwość skorzystania z łazienki, bylebym
tylko nie rozprzestrzeniała już dalej tego specyficznego zapachu.
- Ha, ha - skomentowałam
bez cienia wesołości, uderzając go ramię.
- Śpij dobrze - pożegnał
mnie i wyszedł, a ja zamknęłam za nim drzwi na zamek, tak jak polecił.
Prysznic okazał się być
tak zbawienny, że chciałam się pod nim roztopić, korzystając bezkarnie z faktu,
że nie było nikogo, kto mógłby mnie spod niego wyrzucić, póki Jack się nie
ocknie koło południa. Ale wtedy przypomniałam sobie nagle, jak sympatycznie -
jeszcze bardziej niż pod strumieniem bieżącej, ciepłej wody - byłoby w wygodnym
łóżku, mogąc spać... iletylkosięchce.
Ach. Dlatego szybko dokończyłam swoją toaletę, korzystając ze środków, które
znalazłam w łazience, bo sama byłam zbyt leniwa, by przekopywać się przez
warstwy własnej walizki. Żele pod prysznic, perfumy, szampony, płyny do golenia
i inne takie, bardzo męskie, zazwyczaj w parach albo innych parzystych liczbach
- miałam pięćdziesiąt szans, że trafię.
Ta sama... leniwość dotyczyła również doboru
odpowiedniego stroju do spania. Upewniłam się tylko, że koszulka jest względnie
świeża, a spodenki nie mają na sobie śladów ziemi albo innych substancji i pachnąca
jak mężczyzna, z mokrymi włosami, w podkoszulku, w którym zwykłam przemierzać
świat, ze wstającym powoli słońcem, desperacko walczącym z chmurami, wreszcie
zostałam pobłogosławiona słodką możliwością przespania się w wygodnym łóżku,
alleluja.
Zgaduję, że byłam zbyt
wykończona, by nawiedził mnie podczas spokojnego śnienia jakikolwiek sen, co
zapewniło mi dobrą, kilkugodzinną, mocną drzemkę. Czar prysł, niestety, gdy
tylko Jack wreszcie powrócił do świata żywych i wynurzył się z szerokim
uśmiechem ze swojego pokoju, ze smutkiem dostrzegając, że jego brat jeszcze nie
wstał. Finn nie był może rannym ptaszkiem, ale to Jack był demonem, który rzadko
kiedy rozpoczynał dzień przed południem.
Powoli otworzyłam oczy,
czując obok siebie czyjąś obecność. Wystarczyło mi tylko kontrolne uchylenie
powieki i ponownie mogłam wtulić się w poduszkę, która bardzo przyjemnie
pachniała męskim dezodorantem.
- Dzień dobry -
wymamrotałam jakimś cudem; moje gardło było doszczętnie wyschnięte.
Nie doczekałam się
odpowiedzi, jedynie bardzo głębokiej konkluzji:
- Pachniesz jak Finn i
zajmujesz jego łóżko, ale nie jesteś Finnem. - Jack stał nade mną, trzymając
dłonie na biodrach, ubrany jeszcze w swoje luźne, sprane spodnie od piżamy,
wyglądające, jakby miały tyle samo lat, co on. Czyli dwadzieścia jeden.
- Przepraszam - śnie, śnie, błagam, jeszcze nie, nie
odchodź!
- Nie szkodzi. Właściwie
lepiej jest mieć dziewczynę w łóżku niż brata.
Nie mogłam się powstrzymać
i uśmiechnęłam się lekko, a potem otworzyłam oczy.
- Dzień dobry, Jackie -
powtórzyłam, podnosząc się wolno do pozycji siedzącej. Prawdopodobnie
wyglądałam teraz jak siedem nieszczęść w wymiętej koszulce, włosach...
wszędzie, z odciskiem poduszki na policzku i wspomnieniem snu we wrażliwych na
słońce oczach, ale on nie wyglądał wcale lepiej. Okej, punktów dodawała mu
umięśniona klatka piersiowa.
- Dzień dobry, Molly -
obdarzył mnie szerokim uśmiechem, usiadł na łóżku i przytuliliśmy się - Nie
wiedziałem, że odwiedzasz Londyn.
Ja też nie, pomyślałam, ale w porę
zdążyłam ugryźć się w język.
- Miło czasem wrócić do
domu - i chociaż kłamałam, bo w ogóle nie miałam zamiaru informować moich
rodzicieli, że pojawiłam się znowu w mieście - w ogóle w kraju - uśmiechnęłam
się szerzej, gdy Jack wypuścił mnie z objęć - Zabiłam twojego brata, żeby móc
zająć jego pokój.
- W porządku - wzruszył
ramionami - Głodna?
Och, jak dobrze było
znowu znaleźć się wśród ludzi, którzy znali cię na wylot, gdzie nie musiałaś
się starać i wystarczyło, byś tylko była sobą. Dlaczego tak długo odwlekałam
przyjazd? Nie, mimo wszystko nie żałuję.
Wciąż miałam na sobie
koszulkę, w której spałam - moją ulubioną, zieloną z wielkim napisem PROCRASTINATE,
ale zdążyłam wciągnąć na tyłek spodnie i uspokoiłam jakoś szalone włosy,
mocnymi pociągnięciami grzebienia wymuszając na nich powrót do względnie
przyzwoicie wyglądającej pozycji.
Jack za to przywdział na
siebie czarny podkoszulek i boso przygotowywał nam kawę. Mocną, czarną.
Przysiadłam przy wysokim
kuchennym blacie i oparłam się wygodnie na łokciach.
- Więc... co tam słychać
u mojego ulubionego bliźniaka?
Zerknął na mnie przez
ramię, uśmiech nie schodził mu z twarzy, jak zwykle.
- W porządku. Nic się
nie zmieniło...
- ...poza faktem, że
jesteś teraz reżyserem całkiem obiecujących amatorskich filmów z aspiracjami na
pracę w branży, tak jak twój ojciec - dokończyłam niby od niechcenia, kreśląc
na bielutkim blacie zawiłe wzory.
Poczekał, aż pochwycę
jego spojrzenie, gdy stawiał przede mną filiżankę kawy:
- Jesteś całkiem dobrze
zorientowana jak na kogoś, kto od wielu tygodni nie miał do czynienia z
cywilizacją.
Parsknęłam śmiechem,
przewracając oczami.
- To, że kręciłam się po
lasach Ameryki Środkowej jeszcze nie oznacza, że od czasu do czasu nie mogłam natrafić
na jakieś elektroniczne, sprawne cudeńko. Pisałam do was.
- Wiemy. Nie
odpisywaliśmy, bo byłoby to bez sensu...
- Ale chłonęliśmy każde
słowo.
Finn uśmiechał się
delikatnie, wchodząc do kuchni, ostrożnie trzymając w dłoniach kamerę. Jack
zmierzył go szybkim spojrzeniem.
- Dlaczego mi nie
powiedziałeś, że będziemy mieć gościa?
- Nie wiedziałem. Ale
zostawiłem ci notkę pod prysznicem.
- To... głupie - Jack
zmarszczył brwi - Przecież zaczynam dzień od kawy - skomentował; ha, jakby
fakt, że brat zostawia mu notatki pod prysznicem był całkowicie normalny.
- Wiem o tym - Finn
usiadł na wysokim stołku obok mnie i wskazał ręką na ekspres do kawy - Tam też
zostawiłem ci notkę.
- Och - Jack podążył
wzrokiem we wskazanym kierunku i zmarszczył brwi na widok niebieskiej karteczki
przyczepionej do frontu zbawiennego urządzenia - Więc powinieneś wiedzieć też -
odwrócił się do nas - że zdolny do czytania jestem dopiero po kawie.
- Zapamiętam to -
przytaknął powoli Finn, zabierając bratu nietkniętą jeszcze filiżankę kawy i
wypijając sporą jej część za jednym razem. Ukryłam uśmiech za ścianką swojej,
widząc pełne dezaprobaty spojrzenie Jacka.
- Dzięki - skomentował,
podnosząc się, by przygotować sobie następną kawę - Gdzie byłeś tak wcześnie?
- Nagrałem dla ciebie
wschód słońca.
- Och, bohater! - Jack
westchnął teatralnie, ale potem odwrócił się do brata i przybił mu piątkę -
Dzięki. Doceniam to.
- Mam nadzieję - Finn
dopił kawę i odstawił filiżankę z głośnym brzdęknięciem - Mo, mam do ciebie
prośbę.
- Hm? - uniosłam brew, wybudzając
się właśnie z głębokiego przemyślenia na temat tego, co zamierzam teraz
właściwie zrobić.
- Obiecaj mi, że jeszcze
będziesz w mieście, kiedy wrócę wieczorem z wykładów.
- Nie ma sprawy -
posłałam mu szeroki uśmiech - Obiecuję.
Finn pożegnał mnie
szybkim uściskiem, a brata poważnym skinieniem głowy, założył swoje zapodziane
na salonowym stoliczku okulary i nie minęła minuta, a już zamykały się za nim
drzwi.
- Finn studiuje -
odkryłam z zaskoczeniem.
- Ta. Kiedy ostatnio
tutaj byłaś, też studiował, ale nie miałaś okazji z nim o tym porozmawiać.
- Kiedy ostatnio tutaj byłam,
on był w Stanach, prawda? - zauważyłam, podejmując desperackie kroki w celu przygotowania
sobie śniadania. Całkowicie rozbudzona, dopiero teraz zauważyłam, że ssanie w
okolicach brzucha nie ma nic wspólnego z faktem, że Jack jest taki przystojny,
kiedy próbuje włączyć do życia swoje komórki mózgowe.
- Co studiuje?
- Jakiś bardzo
inteligentnie brzmiący kierunek dotyczący Public
Relations i między-zagranicznego... czegoś. A prywatnie jest ostatnio
operatorem mojej kamery.
- Hmm? - wymamrotałam z
głową w lodówce - Bliźniaki znowu w akcji.
- Jak widać.
- Chcesz jajka?
- Wyjdę za ciebie, jeśli
zrobisz mi twój omlet - wyznał szczerze, wzdychając ciężko.
Uśmiechnęłam się
szeroko, wyciągając na blat potrzebne składniki. Jack patrzył na mnie wielkimi
oczami z miejsca, które przed chwilą zajmowałam ja.
- Obejdzie się, Książe z
Bajki - uspokoiłam go, rozbijając jajka do metalowej miseczki - Aktualnie mam
nieco inne plany na życie.
- Będziesz łamać męskie
serca do momentu, w którym zorientujesz się, że jestem twoją jedyną miłością i
wrócisz tutaj kochać mnie nieskończenie mocno - Jack, och, Jack, on nigdy się nie zmieni...
Zmarszczyłam brwi i
udałam, że naprawdę się nad tym zastanawiam.
- Nie spodobałoby się to
Elli - zauważyłam mimochodem i parsknęłam śmiechem, kiedy zrobił zbolałą minę -
Myślałam nad znalezieniem sobie jakiegoś wygodnego miejsca tutaj - dodałam już
całkiem poważnie - w Londynie. Albo chociaż gdzieś w kraju.
Zagwizdał z podziwem i
uniósł brwi.
- Chcesz powiedzieć...
na stałe?
- Chyba tak - zgodziłam
się, kiwając głową, całkowicie przerażona tym pomysłem.
- To... ogromny krok w
twoim życiu.
- Brzmi to okropnie.
- W rzeczywistości jest
jeszcze gorzej.
Westchnęłam ciężko.
- Wiem.
- Ale spokojnie, przecież
możesz to zrobić. Jesteś małą, silną dziewczynką.
- To też wiem, jestem też
całkiem bystra - uśmiechnęłam się do niego - Muszę się jeszcze tylko dogadać z
siostrą i... resztą. Chyba powinni wiedzieć, że tym razem zostaję. Na dłużej.
- Porozmawiałbym o tym z
tobą, ale zgaduję, że chyba jeszcze nie jesteś w nastroju.
- Nie jestem. - Ha, nie wiem czy kiedykolwiek będę.
-
i oto jest, żeby mi nikt więcej nie zarzucał lenistwa. urwane zostało w niekoniecznie znaczącym momencie, więc nie sugerujcie się tym. indżojcie, xx, miłość ślę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz