wtorek, 10 lutego 2015

#060 - miniatura: SKOMPLIKOWANE cz.1



Szczerze mówiąc, nigdy nie zakładałam, że mój powrót będzie wyglądał właśnie tak; że będzie taki niespodziewany i do bólu zwyczajny. Nie zakładałam też, oczywiście, że powita mnie czerwony dywan i głośne fanfary, ale Londyn, moim zdaniem, mógł bardziej przygotować się na moje przybycie. Jego ulubiona marnotrawna córka wróciła właśnie z około dwuletniego odwyku od rzeczywistości, dlaczego się nie ucieszył?
Nie padało i może to miało być jedyną oznaką jego pozytywnego nastawienia wobec mnie. Taksówkarz uśmiechnął się tylko krzywo, kiedy oszacowałam szczerze niewielką sumę pieniędzy znajdującą się w moim portfelu i podziękował grzecznie, zostawiając mnie w świetle latarni w środku niczego z wielką walizką wypchaną po brzegi rzeczami, które w tej sytuacji były nieprzydatne. Taki właśnie był już urok mojej osobowości - zabieranie ze sobą miliona rzeczy, które nigdy nie uratują twojego tyłka.
Telefon groził rozładowaniem od blisko czterech godzin, ale dzięki bogu była to jeszcze ta mistyczna przedpotopowa wersja, która umożliwiała mu działanie przez jeszcze blisko godzinę. Ach, wspaniałe antyki, tylko wy kiedyś pozostaniecie.
Lista moich kontaktów nie składała się co prawda z wielu pozycji mieszkających w Londynie, do których mogłabym beztrosko zapukać do drzwi o - szybkie spojrzenie na zegarek na przedramieniu - czwartej nad ranem, ale pozostawała mi zawsze jedna, bardzo oczywista opcja, w moim przypadku będąca raczej ostateczną. Dom mojej siostry.
Home, sweet home, pragnęłoby się powiedzieć, jednak jaki był sens pełznięcia na drugi koniec miasta z ciężkimi tobołami pięknych, dwuletnich wspomnień ze zdecydowanie cieplejszych rejonów Europy, szczególnie, jeśli miało się trafić do miejsca, które nijak - nigdy - nie było dobre, ciepłe, przepełnione miłością; słowem, nigdy nie było domem, którym powinno być. Nie dla mnie. I, niestety, ani ja, ani moja siostra nie byłyśmy w stanie tego zmienić.
Spojrzałam w niebo i zmarszczyłam czoło, kiedy zaczęły się na nim formować deszczowe chmury. Cóż, może jednak Londyn wcale nie cieszył się z mojego powrotu... Trudno - czwarta zero siedem - Jack będzie musiał mi to wybaczyć. 

Byłam zdeterminowana, kiedy wciągałam siłą ogromną walizkę na czwarte piętro, kląć siarczyście - oczywiście tylko w myślach, jeszcze wyrzucono by mnie z budynku za zakłócanie ciszy nocnej, a to byłaby już totalna porażka - na każdym stopniu i dysząc ciężko. Moje wszystkie wyćwiczone wielomiesięczną pracą mięśnie umarły w konfrontacji z długą jazdą koleją, nużącym lotem samolotem i niemal godzinnym spacerem - byłam zbyt zmęczona, żeby nawet myśleć, a była - szybkie spojrzenie na zegarek - piąta zero trzy - ojej. Na nogach byłam od dobrych trzydziestu godzin a moje ciało lubiło sen. Dlatego teraz kategorycznie odmawiało współpracy.
Za punkt honoru postawiłam sobie umożliwienie Jackowi zażycia jak największej dawki snu, dlatego odczekałam dwie minuty przed jego drzwiami. Nie byłam jeszcze w środku, a już mogłam powiedzieć, że wiele się tutaj zmieniło, odkąd zajrzałam przelotnie do jego mieszkania jakieś... osiem miesięcy temu? Tylko po to, żeby przywitać się/pożegnać ze znajomymi z Londynu, będąc akurat na dwugodzinnym przystanku w trasie Europa - Ameryka - Azja; czekałam na samolot do Nowego Jorku.
Nie oceniajcie mnie na podstawie tych kilku informacji. Fakt, że mogłam sobie pozwolić na jako-tako swobodne podróżowanie po tym dzikim, nieogarniętym świecie, zawdzięczałam jedynie sporej, jak sama szacuję, determinacji, bo niejeden zrezygnowałby z podróży, przyglądając się moim standardom. Och, ileż to razy zatrzymywałam się w jednym miejscu dłużej niż planowałam, tylko dlatego, że przeliczyłam się albo ponownie okazałam się matematycznym geniuszem i musiałam pierwsze trochę zarobić przed dalszym ruszeniem w trasę. Gdzie tak pędziłam? Sama chciałabym wiedzieć.
Byłoby mi bardzo na rękę, gdyby moi rodzice mieli chociaż trochę zbędnych pieniędzy i mogłabym na przykład podarować sobie niektóre rozważania życiowe w środku wędrówek przez nieznane kraje - jedzenie czy to maleńkie arcydzieło z drewna wyrzeźbione ręcznie przez Indianina? albo te jeszcze bardziej egzystencjalne - jedzenie czy nocleg bez narażania się na pogryzienie przez węża/niedźwiedzia/narkomana? jedzenie czy picie?
Nie martwcie się, nie było tak źle. Chciałam tylko zaznaczyć, że nie jestem dzieciakiem przyzwyczajonym do luksusowych wizyt zagranicznych. Poza tym, lubiłam swoje życiowe rozważania, a każde zwiedzone miejsce doceniałam podwójnie.
Zamrugałam i otrząsnęłam się z zamyślenia. Brak snu odrywał mnie od teraźniejszości. Odetchnęłam głęboko i spróbowałam się uśmiechnąć, żeby wyglądać na dużo mniej zmęczoną niż byłam w rzeczywistości, kiedy będę konfrontować się z moim...
- Och.
W momencie, w którym otworzyły się drzwi, zupełnie burząc mój plan jakiegokolwiek przygotowania się na to spotkanie i ułożenie sobie w głowie całego planu rozmowy, przebiegu sytuacji - oraz wymyślenia paru błyskotliwych, jak na tę wczesną porę, żartów - on beztrosko postanowił pojawić się w drzwiach, wyglądając bardzo dobrze jak na piątą rano i zdecydowanie lepiej ode mnie.
Nie było już czasu na próby i przemyślenia, dlatego uśmiechnęłam się szczerze, szeroko.
- Finn. Cześć. Nie sądziłam, ze cię tutaj zastanę.
- Molly - chwilę mu to zajęło, ale wreszcie się udało - Nie poznałem cię od razu - nareszcie ktoś powitał mnie uśmiechem - Wyglądasz... na zmęczoną,
Tak, ludzie, oto właśnie byłam ja, zawsze maleńka Molly. Zostałam tak nazwana na cześć - albo na pamiątkę...? - mojej świętej pamięci babci i miałam ogromną nadzieję, że ona dobrze się mną opiekuje gdzieś tam, gdzie akurat się znajduje. Osiem miesięcy temu, przechodząc jak burza przez mieszkanie Jacka miałam jeszcze krótką, chłopięcą fryzurkę, którą zafundowałam sobie, kiedy objeżdżałam północne wybrzeże Afryki i później upalną resztę wiosek Morza Śródziemnego aż do Francji, gdzie nagle zawróciłam do Londynu, decydując się na wyjazd na następny kontynent. Ostrzygłam włosy gdzieś w połowie trasy, nie mogąc się z nimi dogadać podczas wysuszających umysł upałów i nie żałowałam tego. No dobrze, może na początku trochę nad nimi powzdychałam, patrząc jak leżą nieżywe u moich stóp, ale z czasem zaczęłam doceniać ich brak. Teraz sięgały mi już do ramion i powoli zaczynaliśmy się dogadywać.
- Dobrze cię widzieć - zbliżył się do mnie, by mnie uściskać, ale w porę go powstrzymałam.
- Ugh, nie, wybacz, żadnego ściskania, jeszcze nie teraz. Mam na sobie zapach wielu nieprzyjemnych godzin podróży.
- Nie przeszkadza mi to - i mimo mojej uniesionej w niemym proteście ręki, uwięził mnie szczelnie w uścisku, a ja tylko miałam nadzieję, że mój rzeczywisty zapach nie zwali go z nóg. To mogłoby być kłopotliwe.
Musiałam przyznać, chcąc nie chcąc, że miło było znaleźć się znowu w ramionach kogoś, kogo się znało od tak dawna. Ciepło i bezpieczeństwo, spokój - były miłą odmianą po szaleńczych wyzwaniach i świeżo nawiązanych znajomościach, nieważne jak bardzo ekscytujące by się one nie wydawały.
Właśnie w momencie, gdy zaczęłam się rozluźniać i beztrosko położyłam głowę na jego ramieniu, Finn teatralnie pociągnął nosem i powiedział cicho z rozbrajającą szczerością;
- Miałaś rację. Cuchniesz.
Zachichotałam, odsuwając się od niego i kręcąc z politowaniem głową.
- Wejdź - porwał w dłonie moją walizkę i zaprosił mnie do środka.
Zachowywaliśmy się bardzo cicho, nie chcąc obudzić Jacka. Finn posadził mnie na wysokim stołku w kuchni, umieszczając wszystkie moje rzeczy w swoim pokoju.
- Myślałam, że jesteś teraz w Stanach - wyszeptałam, kiedy wrócił do kuchni. Zaproponował mi herbatę, ale odmówiłam. Po wizycie w Indiach byłam przekonana, że żadna herbata z torebki już nigdy mnie nie usatysfakcjonuje. Pod tym względem byłam trochę snobem.
Wzruszył ramionami, kiedy stawiał przede mną wysoką szklankę i wypełniał ją sokiem pomarańczowym.
- Byłem tam przez chwilę, ale zmieniłem zdanie. Plany biznesowe nie ułożyły się tak, jakbym sobie tego życzył. Było parę małych sprzeczek, nic ważnego - sprecyzował, kiedy uniosłam brew, wypijając duszkiem kilka sporych łyków - Zdecydowałem się wrócić, więc można powiedzieć, że mieszkanie znowu należy do bliźniaków - uśmiechnął się, opierając łokcie na blacie przede mną - A ty, Mo, wróciłaś? czy robisz sobie tylko przystanek przed kolejnym wylotem?
Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam.
- To trochę...
- ...skomplikowane - dokończył za mnie, jakby to było oczywiste. chociaż w moim przypadku najprawdopodobniej było. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy jak często używałam tego słowa na określenie mojej sytuacji życiowej.
- Przeszkodziłam ci w czymś - zauważyłam, kiedy sok pomarańczowy pobudził przyjemnie moja szare komórki.
- Nie, to nic. Miałem zamiar iść filmować wschód słońca - przewrócił oczami - Nowy projekt Jacka, na który pewnie nie będzie miał czasu... albo siły, bo przecież jeśli chce się mieć nagrany wschód słońca, trzeba wstać przed nim, prawda? Ale mogę to zrobić kiedy indziej.
- To głupie. Powinieneś wciąż iść, tylko pozwól mi się tutaj trochę przespać i znikaj, jeszcze zdążysz.
Oczywiście, że zachowywałam się aż nazbyt swobodnie, ale primo - byłam zdesperowana i secundo - świadomość, że ktoś przeze mnie znów musiałby się obudzić o nieludzkiej porze dobijała mnie jeszcze bardziej. Poza tym, jedyne czego pragnęłam tak naprawdę, to tylko kilka godzin snu, bez sensu byłoby więc, gdyby Finn stał nade mną i patrzył...
- Ja...
- Nie kloc się ze mną - zmarszczyłam brwi, odsuwając pustą szklankę na bok - Błagam, tylko daj mi się przespać.
Przewrócił oczami, ale się zgodził. Zaoferował mi nawet możliwość skorzystania z łazienki, bylebym tylko nie rozprzestrzeniała już dalej tego specyficznego zapachu.
- Ha, ha - skomentowałam bez cienia wesołości, uderzając go ramię.
- Śpij dobrze - pożegnał mnie i wyszedł, a ja zamknęłam za nim drzwi na zamek, tak jak polecił.
Prysznic okazał się być tak zbawienny, że chciałam się pod nim roztopić, korzystając bezkarnie z faktu, że nie było nikogo, kto mógłby mnie spod niego wyrzucić, póki Jack się nie ocknie koło południa. Ale wtedy przypomniałam sobie nagle, jak sympatycznie - jeszcze bardziej niż pod strumieniem bieżącej, ciepłej wody - byłoby w wygodnym łóżku, mogąc spać... iletylkosięchce. Ach. Dlatego szybko dokończyłam swoją toaletę, korzystając ze środków, które znalazłam w łazience, bo sama byłam zbyt leniwa, by przekopywać się przez warstwy własnej walizki. Żele pod prysznic, perfumy, szampony, płyny do golenia i inne takie, bardzo męskie, zazwyczaj w parach albo innych parzystych liczbach - miałam pięćdziesiąt szans, że trafię.
Ta sama... leniwość dotyczyła również doboru odpowiedniego stroju do spania. Upewniłam się tylko, że koszulka jest względnie świeża, a spodenki nie mają na sobie śladów ziemi albo innych substancji i pachnąca jak mężczyzna, z mokrymi włosami, w podkoszulku, w którym zwykłam przemierzać świat, ze wstającym powoli słońcem, desperacko walczącym z chmurami, wreszcie zostałam pobłogosławiona słodką możliwością przespania się w wygodnym łóżku, alleluja. 

Zgaduję, że byłam zbyt wykończona, by nawiedził mnie podczas spokojnego śnienia jakikolwiek sen, co zapewniło mi dobrą, kilkugodzinną, mocną drzemkę. Czar prysł, niestety, gdy tylko Jack wreszcie powrócił do świata żywych i wynurzył się z szerokim uśmiechem ze swojego pokoju, ze smutkiem dostrzegając, że jego brat jeszcze nie wstał. Finn nie był może rannym ptaszkiem, ale to Jack był demonem, który rzadko kiedy rozpoczynał dzień przed południem. 
Powoli otworzyłam oczy, czując obok siebie czyjąś obecność. Wystarczyło mi tylko kontrolne uchylenie powieki i ponownie mogłam wtulić się w poduszkę, która bardzo przyjemnie pachniała męskim dezodorantem.
- Dzień dobry - wymamrotałam jakimś cudem; moje gardło było doszczętnie wyschnięte.
Nie doczekałam się odpowiedzi, jedynie bardzo głębokiej konkluzji:
- Pachniesz jak Finn i zajmujesz jego łóżko, ale nie jesteś Finnem. - Jack stał nade mną, trzymając dłonie na biodrach, ubrany jeszcze w swoje luźne, sprane spodnie od piżamy, wyglądające, jakby miały tyle samo lat, co on. Czyli dwadzieścia jeden.
- Przepraszam - śnie, śnie, błagam, jeszcze nie, nie odchodź!
- Nie szkodzi. Właściwie lepiej jest mieć dziewczynę w łóżku niż brata.
Nie mogłam się powstrzymać i uśmiechnęłam się lekko, a potem otworzyłam oczy.
- Dzień dobry, Jackie - powtórzyłam, podnosząc się wolno do pozycji siedzącej. Prawdopodobnie wyglądałam teraz jak siedem nieszczęść w wymiętej koszulce, włosach... wszędzie, z odciskiem poduszki na policzku i wspomnieniem snu we wrażliwych na słońce oczach, ale on nie wyglądał wcale lepiej. Okej, punktów dodawała mu umięśniona klatka piersiowa.
- Dzień dobry, Molly - obdarzył mnie szerokim uśmiechem, usiadł na łóżku i przytuliliśmy się - Nie wiedziałem, że odwiedzasz Londyn.
Ja też nie, pomyślałam, ale w porę zdążyłam ugryźć się w język.
- Miło czasem wrócić do domu - i chociaż kłamałam, bo w ogóle nie miałam zamiaru informować moich rodzicieli, że pojawiłam się znowu w mieście - w ogóle w kraju - uśmiechnęłam się szerzej, gdy Jack wypuścił mnie z objęć - Zabiłam twojego brata, żeby móc zająć jego pokój.
- W porządku - wzruszył ramionami - Głodna?
Och, jak dobrze było znowu znaleźć się wśród ludzi, którzy znali cię na wylot, gdzie nie musiałaś się starać i wystarczyło, byś tylko była sobą. Dlaczego tak długo odwlekałam przyjazd? Nie, mimo wszystko nie żałuję.
Wciąż miałam na sobie koszulkę, w której spałam - moją ulubioną, zieloną z wielkim napisem PROCRASTINATE, ale zdążyłam wciągnąć na tyłek spodnie i uspokoiłam jakoś szalone włosy, mocnymi pociągnięciami grzebienia wymuszając na nich powrót do względnie przyzwoicie wyglądającej pozycji.
Jack za to przywdział na siebie czarny podkoszulek i boso przygotowywał nam kawę. Mocną, czarną.
Przysiadłam przy wysokim kuchennym blacie i oparłam się wygodnie na łokciach.
- Więc... co tam słychać u mojego ulubionego bliźniaka?
Zerknął na mnie przez ramię, uśmiech nie schodził mu z twarzy, jak zwykle.
- W porządku. Nic się nie zmieniło...
- ...poza faktem, że jesteś teraz reżyserem całkiem obiecujących amatorskich filmów z aspiracjami na pracę w branży, tak jak twój ojciec - dokończyłam niby od niechcenia, kreśląc na bielutkim blacie zawiłe wzory.
Poczekał, aż pochwycę jego spojrzenie, gdy stawiał przede mną filiżankę kawy:
- Jesteś całkiem dobrze zorientowana jak na kogoś, kto od wielu tygodni nie miał do czynienia z cywilizacją.
Parsknęłam śmiechem, przewracając oczami.
- To, że kręciłam się po lasach Ameryki Środkowej jeszcze nie oznacza, że od czasu do czasu nie mogłam natrafić na jakieś elektroniczne, sprawne cudeńko. Pisałam do was.
- Wiemy. Nie odpisywaliśmy, bo byłoby to bez sensu...
- Ale chłonęliśmy każde słowo.
Finn uśmiechał się delikatnie, wchodząc do kuchni, ostrożnie trzymając w dłoniach kamerę. Jack zmierzył go szybkim spojrzeniem.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś, że będziemy mieć gościa?
- Nie wiedziałem. Ale zostawiłem ci notkę pod prysznicem.
- To... głupie - Jack zmarszczył brwi - Przecież zaczynam dzień od kawy - skomentował; ha, jakby fakt, że brat zostawia mu notatki pod prysznicem był całkowicie normalny.
- Wiem o tym - Finn usiadł na wysokim stołku obok mnie i wskazał ręką na ekspres do kawy - Tam też zostawiłem ci notkę.
- Och - Jack podążył wzrokiem we wskazanym kierunku i zmarszczył brwi na widok niebieskiej karteczki przyczepionej do frontu zbawiennego urządzenia - Więc powinieneś wiedzieć też - odwrócił się do nas - że zdolny do czytania jestem dopiero po kawie.
- Zapamiętam to - przytaknął powoli Finn, zabierając bratu nietkniętą jeszcze filiżankę kawy i wypijając sporą jej część za jednym razem. Ukryłam uśmiech za ścianką swojej, widząc pełne dezaprobaty spojrzenie Jacka.
- Dzięki - skomentował, podnosząc się, by przygotować sobie następną kawę - Gdzie byłeś tak wcześnie?
- Nagrałem dla ciebie wschód słońca.
- Och, bohater! - Jack westchnął teatralnie, ale potem odwrócił się do brata i przybił mu piątkę - Dzięki. Doceniam to.
- Mam nadzieję - Finn dopił kawę i odstawił filiżankę z głośnym brzdęknięciem - Mo, mam do ciebie prośbę.
- Hm? - uniosłam brew, wybudzając się właśnie z głębokiego przemyślenia na temat tego, co zamierzam teraz właściwie zrobić.
- Obiecaj mi, że jeszcze będziesz w mieście, kiedy wrócę wieczorem z wykładów.
- Nie ma sprawy - posłałam mu szeroki uśmiech - Obiecuję.
Finn pożegnał mnie szybkim uściskiem, a brata poważnym skinieniem głowy, założył swoje zapodziane na salonowym stoliczku okulary i nie minęła minuta, a już zamykały się za nim drzwi.
- Finn studiuje - odkryłam z zaskoczeniem.
- Ta. Kiedy ostatnio tutaj byłaś, też studiował, ale nie miałaś okazji z nim o tym porozmawiać.
- Kiedy ostatnio tutaj byłam, on był w Stanach, prawda? - zauważyłam, podejmując desperackie kroki w celu przygotowania sobie śniadania. Całkowicie rozbudzona, dopiero teraz zauważyłam, że ssanie w okolicach brzucha nie ma nic wspólnego z faktem, że Jack jest taki przystojny, kiedy próbuje włączyć do życia swoje komórki mózgowe.
- Co studiuje?
- Jakiś bardzo inteligentnie brzmiący kierunek dotyczący Public Relations i między-zagranicznego... czegoś. A prywatnie jest ostatnio operatorem mojej kamery.
- Hmm? - wymamrotałam z głową w lodówce - Bliźniaki znowu w akcji.
- Jak widać.
- Chcesz jajka?
- Wyjdę za ciebie, jeśli zrobisz mi twój omlet - wyznał szczerze, wzdychając ciężko.
Uśmiechnęłam się szeroko, wyciągając na blat potrzebne składniki. Jack patrzył na mnie wielkimi oczami z miejsca, które przed chwilą zajmowałam ja.
- Obejdzie się, Książe z Bajki - uspokoiłam go, rozbijając jajka do metalowej miseczki - Aktualnie mam nieco inne plany na życie.
- Będziesz łamać męskie serca do momentu, w którym zorientujesz się, że jestem twoją jedyną miłością i wrócisz tutaj kochać mnie nieskończenie mocno - Jack, och, Jack, on nigdy się nie zmieni...
Zmarszczyłam brwi i udałam, że naprawdę się nad tym zastanawiam.
- Nie spodobałoby się to Elli - zauważyłam mimochodem i parsknęłam śmiechem, kiedy zrobił zbolałą minę - Myślałam nad znalezieniem sobie jakiegoś wygodnego miejsca tutaj - dodałam już całkiem poważnie - w Londynie. Albo chociaż gdzieś w kraju.
Zagwizdał z podziwem i uniósł brwi.
- Chcesz powiedzieć... na stałe?
- Chyba tak - zgodziłam się, kiwając głową, całkowicie przerażona tym pomysłem.
- To... ogromny krok w twoim życiu. 
- Brzmi to okropnie.
- W rzeczywistości jest jeszcze gorzej.
Westchnęłam ciężko.
- Wiem.
- Ale spokojnie, przecież możesz to zrobić. Jesteś małą, silną dziewczynką.
- To też wiem, jestem też całkiem bystra - uśmiechnęłam się do niego - Muszę się jeszcze tylko dogadać z siostrą i... resztą. Chyba powinni wiedzieć, że tym razem zostaję. Na dłużej.
- Porozmawiałbym o tym z tobą, ale zgaduję, że chyba jeszcze nie jesteś w nastroju.
- Nie jestem. - Ha, nie wiem czy kiedykolwiek będę. 


-
i oto jest, żeby mi nikt więcej nie zarzucał lenistwa. urwane zostało  w niekoniecznie znaczącym momencie, więc nie sugerujcie się tym. indżojcie, xx, miłość ślę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz