piątek, 9 maja 2014

#041 - miniatura; let's twist again like we did last summer

love is old, love is new,
love is all, love is you

Na prawdziwą miłość czeka się całe życie. Nie wiadomo, czy jest to rzeczywista potrzeba nas wszystkich, czy tylko wymysł tak chętnie aplikowany nam przez wszechświat. Czy naprawdę nie poradzilibyśmy sobie bez drugiej osoby obok? Czy naprawdę nie bylibyśmy w stanie stworzyć bezpiecznego miejsca dla siebie bez udziału współwłaściciela cierpień? Czy uczucie jest nam właściwie potrzebne?

Czym jest w ogóle miłość? Czy to radość z dzielenia cierpień z drugą osobą, czy może sam ból związany z niemocą przebywania przy niej? Czy jest nią spełnianie własnych marzeń, czy kreowanie nowych, wspólnych? Czy to tworzenie nowego porządku, czy obalanie starego, bezpiecznego? Czy to dawanie, czy branie? Czy to ucieczka od niewygody, czy powrót do domu? Czy to rzeczywiście czyste szczęście, czy uwierający przymus?
Nie wiedziałem tego do momentu, póki jej nie poznałem.
Co właściwie znaczy poznać człowieka? Wiedzieć jaki jest, czym się zajmuje, jakie ma plany? Czy to znaczy rozumieć jego potrzeby, akceptować wady i cieszyć się z zalet? Czy poznać kogoś, znaczy przebywać z nim, współgrać, robić to, co on lubi i jednocześnie samemu czerpać z tego radość?
- Za dużo myślisz.
Była tuż przy mnie. Szeptała mi do ucha, sprawiając, że dreszcz przebiegał przez całe ciało. Na koniuszek palców zawijała sobie moje jasne, krótkie włosy. Oddychała ciężko, płytko. Wyraźnie czułem jej zapach.
Jako mała, dwunastoletnia dziewczynka zawsze pachniała kłopotami i truskawką. Z czasem oba te zapachy zaczynały tworzyć w moim umyśle jedność, łącząc przygodę ze słodyczą i odcieniem jej rudych włosów.
Od samego początku byłem pewien, że nasza znajomość będzie nieustannym niebezpieczeństwem. Nie pomyliłem się. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z zetknięcia dwóch różnych światów, z których jeden był bezkresną łąką, a w drugim głównym elementem wystroju były stalowe, nieprzekraczalne kraty.
Z miłością często jest tak, że zjawia się zupełnie niespodziewanie. Uderza jak grom z nieba, spada na człowieka, kiedy ten w ogóle się jej nie spodziewa. Co z tego, że nie byłem przygotowany na jej porywcze usposobienie? Co z tego, że do tej pory onieśmiela mnie jej inteligencja? Co z tego, że chyba nigdy nie będę w stanie pojąć jej sposobu myślenia? Stało się, już za późno na odwrót.
A co najważniejsze, ja nie chcę zawracać.
- Ile? – wychrypiałem cicho. Dotyk jej chłodnych palców na moim nagim przedramieniu skutecznie mnie rozpraszał.
- Siedemnaście minut. Inaczej zaczną się niepokoić i mogą coś podejrzewać.
Jęknąłem bezgłośnie. Ona westchnęła cicho.
Nasz związek zawsze był liczbami. Nieznośnymi minutami, które uciekały za szybko. Nieważne, gdzie się znajdowaliśmy, w szkole, w swoich rodzinnych domach, nigdzie właściwie nie było nas, były tylko minuty i odległe marzenia.
Wiele było osobnych, wiele wspólnych, ale najważniejszym było to, byśmy kiedyś mogli pokazać się razem. Normalnie, jak para. Jak zakochani ludzie, nie mogący bez siebie żyć. Jak dwie spragnione miłości istoty, które cudem odnalazły siebie.
Jasne, śmiejcie się, przecież mamy tylko siedemnaście lat. Co my właściwie wiemy o życiu? Gdzie mieliśmy się nauczyć prawdziwej miłości? – na naszych potajemnych spotkaniach? Ukradkiem zapisując sobie wiadomości na skraweczkach pergaminu? Udając, że nie dostrzegamy własnych spojrzeń i nic dla siebie nie znaczymy?
Całe nasze uczucie zamknięte było w drobnych gestach i przypadkowo podchwyconych spojrzeniach. Nauczyliśmy się czytać z ruchu warg, skinień głowy, ułożenia sylwetki. Dla nas wyznaniem miłości było mrugnięcie powieki.
- Nie chcę iść – przyznała cicho, łapiąc moją dłoń, którą automatycznie ścisnąłem mocniej. Musiałem ją trzymać, inaczej wymknęłaby mi się, rozpłynęła w sennych marzeniach i już nigdy nie byłbym pewny, czy to wszystko działo się naprawdę.
To, że znajdujemy się w tym miejscu, było tylko i wyłącznie jej zasługą. Mam na myśli nasz współistnienie. Ja pozostawałem idealnie obojętny od samego początku, podczas gdy ona płonęła jakimś niezidentyfikowanym ogniem, skierowanym tylko dla mnie. Nie rozumiałem tego, nie potrafiłem pojąć. Byłem zimnym draniem nawet w pierwszych latach szkolnych. Och, Merlinie – byłem trzynastolatkiem, który znęcał się nad starszymi dzieciakami, naprawdę. Wszystko przez to, że przepełniał mnie jakiś wewnętrzy smutek i mrok, chyba zakodowany genetycznie w naszej rodzinie.
Zabawnie jest dorastać z garbem rodzinnych wyrzutów na plecach. Zabawnie jest słuchać o chęci mordu, zemsty, zniszczenia i samemu przesiąkać chęcią pogrążenia wszystkiego w ciemności, zrównania z ziemią, sprowadzenia do stanu rozkładu. Zabawnie – tak teraz o tym myślę. Teraz, gdy już sprzymierzyłem się z wrogiem.
Oficjalnie nikt o nas nie wie. Nieoficjalnie, Rose przyznała się do wspomnienia czegoś parce swoich kuzynów. Ale to było wieki temu. Kilka lat wstecz, kiedy ja wciąż jeszcze śmiałem się z jej rudych włosów, a ona była nieszczęśliwa. Teraz ona śmieje się ze mnie i nieszczęśliwi jesteśmy oboje.
- Zawsze możesz tutaj zostać – odpowiadam cicho, podnosząc się na łokciach, by móc dotykiem ust musnąć jej policzek.
Jest środek nocy. Sami nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdujemy. Ważne, że pilnuje nas tylko księżyc i jedyne, co może nam w tej chwili przeszkodzić, to czas. Zdradziecka bestia, zabójca związków, mroczny rycerz życia, giermek śmierci, jednoręki bandyta, z którym przegrana nigdy nie kończy się dobrze. Jest specjalistą w swojej branży, nie da się go oszukać. Przynajmniej my tego nie potrafimy. Nie to, że nie próbowaliśmy. Byliśmy na tyle zdesperowani, że rozważaliśmy użycie klonów, które zamaskowałyby naszą nieobecność, ale Rose stchórzyła, gdy wyczytała, że musiałaby upuścić do eliksiru kilkanaście łyżek własnej krwi. Łyżek, tak jest.
Nie mam do niej pretensji. W momencie, gdy jestem tak bezgranicznie nie-szczęśliwy, nawet tęsknota zyskuje jakieś mistyczne znaczenie. Nabiera sensu, motywuje mnie, staje się motorem napędzającym do działania, tworzenia, starania się, kochania. Oboje doceniamy taką miłość. Życzymy jej każdemu. Może nie do końca takiej dramatycznej, ale…
- Martwisz się. Znowu – zauważa. Opuszkiem palca dotyka zmarszczki na moim czole i próbuje ją rozprostować – Bez powodu.
- Jak zwykle – wzruszam ramionami - Zostałem wychowany, by martwić się i planować.
Śmieje się cicho. Uwielbiam moment, gdy w jej policzkach tworzą się niewielkie dołeczki. Uwielbiam jej piegi. Uwielbiam zapach jej skóry i to, jak marszczy nos, gdy się zastanawia albo zaciska wargi, gdy się złości.
- Zawsze możemy stąd uciec – mówi pozornie beztrosko, nawiązując do mojej propozycji. Kładzie się na wilgotnej trawie, pilnując, by atłasowa spódniczka nie podwinęła się za wysoko. Uśmiecham się pod nosem i zajmuję miejsce tuż obok niej. Machinalnie łapię ją za rękę. Wiem, że się uśmiecha. Lubi, gdy przypadkiem szukam jej dłoni. Według niej liczą się szczególnie niewinne zagrania.
- Możemy wstać i ruszyć przed siebie – przymyka oczy i robi głęboki wdech. Patrzę, jak powoli opada jej klatka piersiowa – I już nigdy nie wrócić.
- Gdzie byśmy poszli?
Marszczy nos. Jak zwykle ja jestem ten praktyczny. Ona może marzyć, ile chce, ja wiem, że to tylko złudne życzenia, niemożliwe do realizacji. Ale nie odbieram jej tego, nie mogę.
- Czy to ważne? Wymyślilibyśmy coś, razem.
- Łatwiej byłoby chyba po prostu się przyznać.
Zamiera na sekundę. Ze świstem wypuszcza powietrze. Ściska lekko moją dłoń.
- Proszę bardzo – mówi trochę za ostro.
Wiem, że to moja wina. Wiem, że to przede wszystkim moja rodzina nie zaakceptuje tego związku. Są zbyt dumni, żeby wybaczać. Zbyt próżni, żeby przyznawać się do błędów. Zbyt wyniośli, by chociaż próbować zrozumieć ludzkie uczucia.  
- Przepraszam – mówię szybko, zamykając oczy.
- Nie, to ja przepraszam – puszcza moją dłoń, słyszę szelest jej spódniczki, a potem czuję, jak jej usta dotykają mojego czoła. Drżę, kiedy powoli suną wzdłuż policzka i ostatecznie zatrzymują się na moich wargach. Przez kilka sekund jest dobrze, normalnie. Potem wraca rzeczywistość.
- Powinniśmy się wreszcie przełamać – decyduję. Otwieram oczy i widzę jej zatroskaną minę milimetry od swojej twarzy. Mam ochotę jeszcze raz przyciągnąć ją do siebie i pocałować. Długo. Zatrzymać ją w ramionach i już nie wypuszczać. Och, Merlinie; nigdy nie przypuszczałem, że stanę się jak jeden z tych zakochanych chłopczyków, którymi tak szczerze pogardzałem.
- Wakacje się kończą, niedługo szkoła. Znowu będziemy musieli się ukrywać – wiedziałem, że rozważa to na poważnie.
- Czego się boisz, Rose? – dolewałem oliwy do ognia – Ja się nie boję – kłamałem – Poradzimy sobie przecież. Nie mogą nam odebrać tego, co sami stworzyliśmy, prawda?
Łgałem jak z nut. Nie byłem pewien ani jednego słowa, które z taką pewnością niemal wykrzykiwałem jej w twarz. Byłem tchórzem, ale dość już miałem tej chorej sytuacji. Żyliśmy przecież w XXI wieku. Podziały społeczne dawno już zostały obalone. No, przynajmniej w świecie mugoli.
- Będziemy walczyć? – zapytałem – Do końca?
Pokręciła głową. Złapałem ją za dłoń i przyciągnąłem do serca.
- Musimy to zrobić – przekonywałem -  Rose…
- Wiem o tym. Chcę tego. Ale…
- Nie ma żadnego „ale” – zamknąłem jej usta, całując przelotnie – Musisz mi pomóc, być przy mnie. Będziesz?
- Zawsze.



etykietki i tak już wam zdradziły głównych bohaterów; mówię więc tylko - zabawne ile napiasałam już histori na bazie tego słynnego "Zawsze", ;)

1 komentarz: