love
is old, love is new,
love is all, love is you
love is all, love is you
Na prawdziwą
miłość czeka się całe życie. Nie wiadomo, czy jest to rzeczywista potrzeba nas
wszystkich, czy tylko wymysł tak chętnie aplikowany nam przez wszechświat. Czy
naprawdę nie poradzilibyśmy sobie bez drugiej osoby obok? Czy naprawdę nie
bylibyśmy w stanie stworzyć bezpiecznego miejsca dla siebie bez udziału
współwłaściciela cierpień? Czy uczucie jest nam właściwie potrzebne?
Czym jest w
ogóle miłość? Czy to radość z dzielenia cierpień z drugą osobą, czy może sam
ból związany z niemocą przebywania przy niej? Czy jest nią spełnianie własnych
marzeń, czy kreowanie nowych, wspólnych? Czy to tworzenie nowego porządku, czy
obalanie starego, bezpiecznego? Czy to dawanie, czy branie? Czy to ucieczka od
niewygody, czy powrót do domu? Czy to rzeczywiście czyste szczęście, czy
uwierający przymus?
Nie wiedziałem
tego do momentu, póki jej nie poznałem.
Co właściwie
znaczy poznać człowieka? Wiedzieć jaki jest, czym się zajmuje, jakie ma plany?
Czy to znaczy rozumieć jego potrzeby, akceptować wady i cieszyć się z zalet?
Czy poznać kogoś, znaczy przebywać z nim, współgrać, robić to, co on lubi i
jednocześnie samemu czerpać z tego radość?
- Za dużo
myślisz.
Była tuż przy
mnie. Szeptała mi do ucha, sprawiając, że dreszcz przebiegał przez całe ciało.
Na koniuszek palców zawijała sobie moje jasne, krótkie włosy. Oddychała ciężko,
płytko. Wyraźnie czułem jej zapach.
Jako mała,
dwunastoletnia dziewczynka zawsze pachniała kłopotami i truskawką. Z czasem oba
te zapachy zaczynały tworzyć w moim umyśle jedność, łącząc przygodę ze słodyczą
i odcieniem jej rudych włosów.
Od samego
początku byłem pewien, że nasza znajomość będzie nieustannym niebezpieczeństwem.
Nie pomyliłem się. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z zetknięcia dwóch różnych
światów, z których jeden był bezkresną łąką, a w drugim głównym elementem
wystroju były stalowe, nieprzekraczalne kraty.
Z miłością
często jest tak, że zjawia się zupełnie niespodziewanie. Uderza jak grom z
nieba, spada na człowieka, kiedy ten w ogóle się jej nie spodziewa. Co z tego,
że nie byłem przygotowany na jej porywcze usposobienie? Co z tego, że do tej
pory onieśmiela mnie jej inteligencja? Co z tego, że chyba nigdy nie będę w
stanie pojąć jej sposobu myślenia? Stało się, już za późno na odwrót.
A co
najważniejsze, ja nie chcę zawracać.
- Ile? –
wychrypiałem cicho. Dotyk jej chłodnych palców na moim nagim przedramieniu
skutecznie mnie rozpraszał.
- Siedemnaście
minut. Inaczej zaczną się niepokoić i mogą coś podejrzewać.
Jęknąłem
bezgłośnie. Ona westchnęła cicho.
Nasz związek
zawsze był liczbami. Nieznośnymi minutami, które uciekały za szybko. Nieważne,
gdzie się znajdowaliśmy, w szkole, w swoich rodzinnych domach, nigdzie
właściwie nie było nas, były tylko minuty i odległe marzenia.
Wiele było
osobnych, wiele wspólnych, ale najważniejszym było to, byśmy kiedyś mogli
pokazać się razem. Normalnie, jak para. Jak zakochani ludzie, nie mogący bez
siebie żyć. Jak dwie spragnione miłości istoty, które cudem odnalazły siebie.
Jasne, śmiejcie
się, przecież mamy tylko siedemnaście lat. Co my właściwie wiemy o życiu? Gdzie
mieliśmy się nauczyć prawdziwej miłości? – na naszych potajemnych spotkaniach?
Ukradkiem zapisując sobie wiadomości na skraweczkach pergaminu? Udając, że nie
dostrzegamy własnych spojrzeń i nic dla siebie nie znaczymy?
Całe nasze
uczucie zamknięte było w drobnych gestach i przypadkowo podchwyconych
spojrzeniach. Nauczyliśmy się czytać z ruchu warg, skinień głowy, ułożenia
sylwetki. Dla nas wyznaniem miłości było mrugnięcie powieki.
- Nie chcę iść
– przyznała cicho, łapiąc moją dłoń, którą automatycznie ścisnąłem mocniej.
Musiałem ją trzymać, inaczej wymknęłaby mi się, rozpłynęła w sennych marzeniach
i już nigdy nie byłbym pewny, czy to wszystko działo się naprawdę.
To, że
znajdujemy się w tym miejscu, było tylko i wyłącznie jej zasługą. Mam na myśli
nasz współistnienie. Ja pozostawałem idealnie obojętny od samego początku,
podczas gdy ona płonęła jakimś niezidentyfikowanym ogniem, skierowanym tylko
dla mnie. Nie rozumiałem tego, nie potrafiłem pojąć. Byłem zimnym draniem nawet
w pierwszych latach szkolnych. Och, Merlinie – byłem trzynastolatkiem, który
znęcał się nad starszymi dzieciakami, naprawdę. Wszystko przez to, że
przepełniał mnie jakiś wewnętrzy smutek i mrok, chyba zakodowany genetycznie w
naszej rodzinie.
Zabawnie jest
dorastać z garbem rodzinnych wyrzutów na plecach. Zabawnie jest słuchać o chęci
mordu, zemsty, zniszczenia i samemu przesiąkać chęcią pogrążenia wszystkiego w
ciemności, zrównania z ziemią, sprowadzenia do stanu rozkładu. Zabawnie – tak
teraz o tym myślę. Teraz, gdy już sprzymierzyłem się z wrogiem.
Oficjalnie nikt
o nas nie wie. Nieoficjalnie, Rose przyznała się do wspomnienia czegoś parce
swoich kuzynów. Ale to było wieki temu. Kilka lat wstecz, kiedy ja wciąż
jeszcze śmiałem się z jej rudych włosów, a ona była nieszczęśliwa. Teraz ona
śmieje się ze mnie i nieszczęśliwi jesteśmy oboje.
- Zawsze możesz
tutaj zostać – odpowiadam cicho, podnosząc się na łokciach, by móc dotykiem ust
musnąć jej policzek.
Jest środek
nocy. Sami nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdujemy. Ważne, że pilnuje nas
tylko księżyc i jedyne, co może nam w tej chwili przeszkodzić, to czas.
Zdradziecka bestia, zabójca związków, mroczny rycerz życia, giermek śmierci,
jednoręki bandyta, z którym przegrana nigdy nie kończy się dobrze. Jest
specjalistą w swojej branży, nie da się go oszukać. Przynajmniej my tego nie
potrafimy. Nie to, że nie próbowaliśmy. Byliśmy na tyle zdesperowani, że
rozważaliśmy użycie klonów, które zamaskowałyby naszą nieobecność, ale Rose
stchórzyła, gdy wyczytała, że musiałaby upuścić do eliksiru kilkanaście łyżek
własnej krwi. Łyżek, tak jest.
Nie mam do niej
pretensji. W momencie, gdy jestem tak bezgranicznie nie-szczęśliwy, nawet
tęsknota zyskuje jakieś mistyczne znaczenie. Nabiera sensu, motywuje mnie,
staje się motorem napędzającym do działania, tworzenia, starania się, kochania.
Oboje doceniamy taką miłość. Życzymy jej każdemu. Może nie do końca takiej
dramatycznej, ale…
- Martwisz się.
Znowu – zauważa. Opuszkiem palca dotyka zmarszczki na moim czole i próbuje ją
rozprostować – Bez powodu.
- Jak zwykle –
wzruszam ramionami - Zostałem wychowany, by martwić się i planować.
Śmieje się
cicho. Uwielbiam moment, gdy w jej policzkach tworzą się niewielkie dołeczki.
Uwielbiam jej piegi. Uwielbiam zapach jej skóry i to, jak marszczy nos, gdy się
zastanawia albo zaciska wargi, gdy się złości.
- Zawsze możemy
stąd uciec – mówi pozornie beztrosko, nawiązując do mojej propozycji. Kładzie
się na wilgotnej trawie, pilnując, by atłasowa spódniczka nie podwinęła się za
wysoko. Uśmiecham się pod nosem i zajmuję miejsce tuż obok niej. Machinalnie
łapię ją za rękę. Wiem, że się uśmiecha. Lubi, gdy przypadkiem szukam jej
dłoni. Według niej liczą się szczególnie niewinne zagrania.
- Możemy wstać
i ruszyć przed siebie – przymyka oczy i robi głęboki wdech. Patrzę, jak powoli
opada jej klatka piersiowa – I już nigdy nie wrócić.
- Gdzie byśmy
poszli?
Marszczy nos.
Jak zwykle ja jestem ten praktyczny. Ona może marzyć, ile chce, ja wiem, że to
tylko złudne życzenia, niemożliwe do realizacji. Ale nie odbieram jej tego, nie
mogę.
- Czy to ważne?
Wymyślilibyśmy coś, razem.
- Łatwiej
byłoby chyba po prostu się przyznać.
Zamiera na
sekundę. Ze świstem wypuszcza powietrze. Ściska lekko moją dłoń.
- Proszę bardzo
– mówi trochę za ostro.
Wiem, że to
moja wina. Wiem, że to przede wszystkim moja rodzina nie zaakceptuje tego
związku. Są zbyt dumni, żeby wybaczać. Zbyt próżni, żeby przyznawać się do
błędów. Zbyt wyniośli, by chociaż próbować zrozumieć ludzkie uczucia.
- Przepraszam –
mówię szybko, zamykając oczy.
- Nie, to ja
przepraszam – puszcza moją dłoń, słyszę szelest jej spódniczki, a potem czuję,
jak jej usta dotykają mojego czoła. Drżę, kiedy powoli suną wzdłuż policzka i
ostatecznie zatrzymują się na moich wargach. Przez kilka sekund jest dobrze,
normalnie. Potem wraca rzeczywistość.
- Powinniśmy
się wreszcie przełamać – decyduję. Otwieram oczy i widzę jej zatroskaną minę
milimetry od swojej twarzy. Mam ochotę jeszcze raz przyciągnąć ją do siebie i
pocałować. Długo. Zatrzymać ją w ramionach i już nie wypuszczać. Och, Merlinie;
nigdy nie przypuszczałem, że stanę się jak jeden z tych zakochanych
chłopczyków, którymi tak szczerze pogardzałem.
- Wakacje się
kończą, niedługo szkoła. Znowu będziemy musieli się ukrywać – wiedziałem, że
rozważa to na poważnie.
- Czego się
boisz, Rose? – dolewałem oliwy do ognia – Ja się nie boję – kłamałem – Poradzimy
sobie przecież. Nie mogą nam odebrać tego, co sami stworzyliśmy, prawda?
Łgałem jak z
nut. Nie byłem pewien ani jednego słowa, które z taką pewnością niemal
wykrzykiwałem jej w twarz. Byłem tchórzem, ale dość już miałem tej chorej
sytuacji. Żyliśmy przecież w XXI wieku. Podziały społeczne dawno już zostały
obalone. No, przynajmniej w świecie mugoli.
- Będziemy
walczyć? – zapytałem – Do końca?
Pokręciła
głową. Złapałem ją za dłoń i przyciągnąłem do serca.
- Musimy to
zrobić – przekonywałem - Rose…
- Wiem o tym.
Chcę tego. Ale…
- Nie ma
żadnego „ale” – zamknąłem jej usta, całując przelotnie – Musisz mi pomóc, być
przy mnie. Będziesz?
- Zawsze.
etykietki i tak już wam zdradziły głównych bohaterów; mówię więc tylko - zabawne ile napiasałam już histori na bazie tego słynnego "Zawsze", ;)
Świetne *.*
OdpowiedzUsuń