sobota, 1 lutego 2014

#007 - miniatura; in daylight, in sunsets, in midnights, in cups of coffe

Czasem
miniatura, gościnnie: Andrzej Wrona

Nosiła okulary, grała na skrzypcach i do dwudziestego roku życia walczyła z nadwagą. Lubiła gotować, kiedyś miała kota, a na siódme urodziny dostała samochodzik. Pierwszego dnia przedszkola uderzyła chłopczyka, który w podstawówce został jej pierwszym chłopakiem. Ich gorące uczucie trwało cały tydzień roboczy i opierało się na wspólnym jedzeniu ciasteczek na korytarzu.
Całe gimnazjum i liceum ciągnęła się za nią opinia osoby dziwnej w negatywnym kontekście. Miała dziwne włosy, dziwną figurę, dziwne poglądy i dziwne problemy, zupełnie nie pasujące do czegokolwiek. Całymi dniami zastanawiała się czy lepiej być pingwinem, czy owcą, po czym dochodziła do wniosku, że zjadłaby kanapkę z szynką. Rozważała sens istnienia Boga, gdzie wychodziło jej, że wszystko to wina dinozaurów i fok. Kontemplowała czasoprzestrzeń, wierząc w prawdziwość możliwości wybuchu Gwiezdnych Wojen.
Kochała siatkówkę dla zasady. Jej starszy brat kochał piłkę nożną, młodszy kochał koszykówkę, siatkówka została przeznaczona jej automatycznie. Miała siedem lat, kiedy poszłam na pierwszy trening. Nie było źle, chociaż z perspektywy czasu dostrzega, jak bezsensownie się wtedy zachowywała. O zawodowstwie nie było mowy. Nie z jej dziwną postawą. Bała się swojej inności i z nikim nie rozmawiała, tylko odbijała piłkę. A teraz nie może przestać gadać. Teraz już jej nie zależy. Tylko czasem jeszcze żałuje.
Lubi marzyć, lubi udawać i lubi się głośno śmiać. Kiedyś była nieśmiała, ale teraz z tym walczy, dzielnie. Otacza się ludźmi i zwinnie wtapia się w ich świat, pozostając przy tym w zgodzie ze sobą. Nie jest to takie trudne, teraz jest już chudziutka, prawie przezroczysta: skończyła niesportowe liceum i w pełni oddała się treningom i pracy nad sobą – przy odpowiedniej diecie te kilka zbędnych kilogramów jakoś wyparowało. Wreszcie była z siebie zadowolona. Wreszcie czuła się sobą.
Nie jest zawodową siatkarką – nie jest na tyle dobra, zdaje sobie z tego sprawę, cały świat to wie. Studiuje pedagogikę i socjologię. W przyszłości będzie najprawdopodobniej bezrobotna. Ale to jej pasuje.
- Mimi, spieszysz się na randkę?
Spojrzała przez ramię na Annę, uśmiechającą się do niej szeroko. Zwolniła, by przyjaciółka mogła zrównać się z nią krokiem.
- Nie, niespecjalnie. Z Andrzejem widzimy się dopiero wieczorem – mrugnęła do niej porozumiewawczo – Wiesz, on jest taki… wiecznie zapracowany.
- Tak to jest, kochana, jak sobie bierzesz za męża sportowca – odezwała się Anna, kręcąc z politowaniem głową – ciągle w rozjazdach, nigdy go nie ma, a jak już się pojawi, to tylko na kilka godzin, żeby się dobrze z dziewczyną zabawić, najlepiej w jej sypialni.
Mimi spłonęła rumieńcem, a coś szturchnęło ją w ramię. To Ewka przyłączyła się do rozmowy:
- Coś o tym wiem – westchnęła – Mój Karol to się mną nawet na fejsbuku nie pochwali. Ja rozumiem, że jest daleko, że tylko zajęć pełno w tym swoim Bełchatowie ma, ale przecież mógłby czasem światu pokazać, że się znamy, nie? – zakończyła dramatycznie i obie z Anną wybuchnęły głośnym śmiechem.
Mimi zmarszczyła czoło, poprawiła pasek czarnej torby, którą miała przewieszoną przez ramię i zapytała cicho:
- Czy Kłos nie ma przypadkiem dziewczyny?
- Cicho! – zbeształa ją szybko Ewka, wciąż jeszcze się śmiejąc.
- Dziewczyna nie ściana, da się przestawić – powiedziała filozoficznie Anka, zatrzymując się nagle, bo gdzieś w głębinach jej torebki zaczął brzęczeć telefon. Odpięła zamek i zaczęła przeszukiwać jej rozległe przestrzenie.
Ewa patrzyła na to pobłażliwie, uśmiechając się pod nosem i krzyżując ramiona na piersiach.
- I co ty tam trzymasz, że nigdy nic znaleźć nie możesz? 
- Hiszpańską reprezentację w piłce nożnej, a ty co myślałaś? – oburzyła się Ania – Przecież siatkarscy Belgowie siedzą w szafie.
- A Włosi?
- Włochów masz w tym tygodniu ty, zapomniałaś?
- A, racja – zaśmiała się Ewa – Matteo nie pozwala mi się do swoich kolegów zbliżać, to zapomniałam, że przecież zapraszałam ich wszystkich na noc. Hej, hej, hej… Mimi, czy w takim razie jacyś nasi skoczkowie siedzą u ciebie?
- Co?
- Nie, przed Soczi mieli odpoczywać, nie pamiętasz? – szturchnęła ją Anna - Zostawiłyśmy ich na tydzień w spokoju.
- Taaaak? – zdziwiła się szczerze Ewa – To co takiego Żyła robi w mojej łazience?
- Prysznic bierze? – zasugerowała Mimi, ale przyjaciółki ją zignorowały.
- Dlaczego zostawiasz go samego w łazience? – oburzyła się Anna, wreszcie wyciągając telefon i odczytując wiadomość.
- Co, Dziku pisze?
- Spadaj…
- Poza tym, Żyła wcale nie siedzi sam. Maciek Kot go pilnuje.
- W łazience?!
- Nie, głupia, na kanapie.
- Ewa, potworze! Przecież miałaś ich nie dotykać, muszą odpoczywać.
- No przecież nic im nie robię… Za to Włochami chętnie bym się zajęła… A tak swoją drogą, ostatnio zgubiłam gdzieś Janowicza.
- Jak to?
- Szedł, szedł, wcisnął mi telewizor w dłonie, szedł dalej i nagle go nie było.
I tak to się ciągnęło.
Dziewczyny sobie żartowały, śmiały się, przekrzykiwały, wymyślały mężów, jak to głupiutkie studentki, które niby tyle już wiedzą o życiu. Robiły całe sportowe listy, ale wszystko sprowadzało się tylko do jednego – marzeń.
Natomiast Mimi co kilka dni wieczorami cieszyła się towarzystwem Andrzeja. Naprawdę. Dzwonił do drzwi raz, szybko – pukał trzy razy. Mieszkała jeszcze z rodzicami, żeby nie wydawać cennych pieniędzy na mieszkanie, więc zawsze, zbiegając po schodach, krzyczała:
- Ja otworzę!
Otwierała.
Stał w drzwiach, uśmiechając się uśmiechem szczerym, ciepłym, trochę zmęczonym. W lecie przychodził do niej w dżinsach i koszulce bez rękawów, którą lubił, bo odsłaniała jego mięśnie. Zimą był w ciężkich butach i kurtce, szeleścił przy każdym ruchu. Czasem miał przez ramię przewieszoną sportową torbę, czasem plecak, czasem trzymał tylko w dłoniach portfel, kluczyki i mały prezent dla niej. Czasem prezentem był kwiatek, innym razem kamyk, czasem dawał jej tylko ulotkę z baru sushi, ale ona i tak szalała z radości. Serce jej się rozpływało, gdy widziała go takiego – wykończonego treningiem, przystojnego, trochę onieśmielonego, całego jej.
Wpuszczała go do środka bez słowa. Czasem z płatkami śniegu, czasem z deszczem, czasem z zapachem słońca. Na powitanie całował ją w policzek, zostawiał niepotrzebne rzeczy, brał ją za rękę i patrzył w oczy. Pierwsze ciągnęła go do kuchni, zapychała kanapkami albo pozostałościami obiadu. Opowiadał jej wtedy o swoim życiu, o przyjaciołach, o siatkówce, o muzyce, o wszystkim, a ona słuchała, patrząc, jaki jest idealny. Możliwe, że była troszeczkę od niego uzależniona. W sensie duchowym – potrzebowała go do życia.
Czasem mieli szczęście i jej rodzice wybywali z domu, zostawiając ich samych. Zabierała go wtedy do swojego pokoju i kochali się długo, stęsknieni siebie. Czasem robili to gwałtownie, z pasją i namiętnością, czasem patrzyli sobie głęboko w oczy i wymieniali wzniosłe westchnienia, czasem śmiali się, chichotali, łaskotali, cieszyli sobą.
Nie lubili tylko poranków, kiedy musiał już wracać, chociaż tak dobrze było im razem. Żegnali się długo, smutno, jakby te kilka dni było miesiącami. Jakby wyruszali w dwie przeciwne strony kuli ziemskiej i mogli się już nie spotkać.
Mimi zawsze po takiej wizycie czuła się równocześnie spełniona i stęskniona. Czasem chciała się podzielić ze światem swoją miłością. Czasem chciała komuś wszystko to opowiedzieć. Czasem opowiadała.  
Tylko dlaczego nikt nigdy nie chciał jej uwierzyć?



---
nie ma to jak zacząć luty od jakiegoś pozytywnego - mam nadzieję - akcentu. 
eh, dużo mnie w tej historii. 
specjalne podziękowania, dla moich przyjaciółek, których też tutaj sporo.
dziękuję też Andrzejowi za zgodę na wystąpienie.
jeśli nie wiecie, o co chodzi, to macie kiepskie życie, przykro mi.


2 komentarze:

  1. Tyle miałam do napisania po pierwszym przeczytaniu, ale przez internetowy odwyk wszystko zapomniałam :(
    Pamiętam tylko, że jakieś dwa dni przed tą miniaturą Andrzej mi się śnił <3 Andrzeju, było miło, zapraszam znowu :)
    A Dziku niech lepiej do żadnych panienek SMSów nie wysyła, zaraz mu nagadam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I w końcu od tego niepamiętania nie napisałam nic :P A przecież muszę Ci, jak zawsze, posłodzić, że jest tak przewspaniale i z tak samo szerokim uśmiechem czytałam za pierwszym razem, jak teraz po raz chyba już czwarty <3
      Rozumiem biedną Mimi, na mnie też znajomi patrzą dziwnie i z niedowierzaniem, jak mówię o moich dwóch przyszłych mężach. A przecież dziewczyna/żona nie ściana - zawsze to powtarzam.

      Usuń