środa, 2 kwietnia 2014

#028 - miniatura; mini mini world mini mini

Człowiek nigdy nie wie, kiedy mu cegła na głowę spadnie.

Gościnnie: Piotrek Nowakowski



Muzyka:


Czasem świadomość tego, że nie tylko twój świat drży w posadach, dodaje siły. Spoglądasz przed siebie i dostrzegasz kogoś, kto jest nawet bardziej wykończony życiem niż ty – czujesz się lepiej. Odrobinę, ale mimo wszystko. Żyje się łatwiej ze świadomością, że nie tylko twoja egzystencja wali się, ciągnąc cię za sobą.

Marysia od pół godziny zerkała przelotnie na wysoką postać, zgarbioną przy siódmym stoliku. W międzyczasie obsługiwała kolejnych klientów, uśmiechała się uprzejmie, przyjmowała zapłaty i napiwki, wydawała kawę i drinki, znikała chwilami w kuchni, by złożyć zamówienia. Ale jej wzrok wciąż wędrował do stolika, gdzie plecami do niej siedział mężczyzna, raczący się od pół godziny filiżanką kawy. Parzonej, mocnej, czarnej i – o ile się orientowała – bez cukru.
- Słodka, trzeci raz już proszę cię o pomoc.
Zamrugała.
- Co?
Adrian spoglądał na nią kątem oka z półuśmiechem, jak to miał w zwyczaju, jednocześnie czarując wzrokiem klientki i przygotowując co wykwintniejsze kawy. Z Marysią znał się od przeszło roku, razem zaczynali pracę w „Blance”, malowniczej kawiarence, nazwanej tak ze względu na sentyment właściciela do pewnej pięknej blondynki z czasów młodości. Barista/barman z aspiracjami zawodowego informatyka i początkująca kelnerka, próbująca zarobić na studia w Trójmieście. Zgrali się, bo łączyły ich wspólne ciężkie początki i podobne cele. Pierwszego dnia pracy nie zanosiło się na to, że kiedykolwiek odnajdą porozumienie – prawdopodobnie nic by się nie wydarzyło, gdyby Marysia nie postanowiła niespodziewanie spaść ze schodów z talerzem polędwiczek, a Adrian akurat nie przechodziłby obok. Świat zawirował i wszystko skończyłoby się pewnie złamaniem, gdyby on nie okazał się mimo wszystko umięśniony i na tyle sprawny, by ją złapać. I od tamtej pory nie chciał jej wypuścić.
Nie, nie byli parą. Byli przyjaciółmi. Ich miłość była czysto platoniczna. A jeśli ktoś w przyjaźń damsko – męską nie wierzy, powinien się dobrze zastanowić.
- Podejdź do niego – zbliżył się do niej i szturchnął ją biodrem.
Spojrzała na siódemkę, przygryzając wargę.
- Nie będę mu przeszkadzać – postanowiła uparcie.
Adrian prychnął pod nosem, rysując cynamonem na piance w porcelanowej filiżance maleńkie dwa serduszka, przebite strzałą. Tym razem to ona zerknęła na niego ze znaczącym półuśmiechem. Perfidnie to zignorował i oddał zamówienie długonogiej brązowowłosej studentce, która prawie umarła, gdy niby przypadkiem zetknęli się dłońmi.
Z krainy euforii i szczęścia na ziemię sprowadziła ją Marysia.
- Siedem pięćdziesiąt.
Kobieta, pozostając dalej w stanie jakiegoś duchowego uniesienia, grzecznie zapłaciła i wyszła, zalotniej kręcąc biodrami i odrzucając na ramię długie włosy. Adrian obserwował to przedstawienie zauroczonym okiem estety.
- No już, casanova. Koniec tego dobrego – jego przyjaciółka przewróciła oczami, zabierając się za przeliczanie zawartości kasy. Zerknęła jeszcze na zegar – Za pół godziny zamykamy.
- Wątpię.
- Bo?
- Nie zanosi się, żeby ten pan opuścił lokal.
Jednocześnie spojrzeli na stolik numer siedem i mężczyznę, który siedział, a właściwie teraz już półleżał na nim, patrząc tępo na ulicę schowaną za okienną szybą. Ubrany był w dżinsy, jaskrawe, bardzo modne i zapewne drogie sportowe buty, niebieską koszulkę. W jego sylwetce skumulowana była chyba cała rozpacz świata.
Marysia dostrzegała jego profil – zmierzwione niechlujnie włosy, zmarszczone czoło, podkrążone, zmęczone oczy, bladość cery i grymas ust.
- On chyba musi bardzo cierpieć – wymknęło jej się.
- Idź do niego – polecił jej Adrian – Nim zaśnie albo zaślini nam stolik.
- Jesteś podły. Może on chce być sam?
- Jesteś uparta. Właśnie dlatego świetnie się dogadujemy. Nawzajem działamy sobie na nerwy. Anyway, nikt nie lubi być sam. Tylko ty to lubisz. Ja nie. Więc idź. Szybko. Teraz. Nim wszyscy zestarzejemy się w szarym kącie tej sali – stwierdził nad wyraz filozoficznie, pieczętując wszystko pozbieraniem naczyń i zniknięciem za kuchennymi drzwiami.
Marysia zerknęła jeszcze raz niepewnie w kierunku nieznajomego spod swojej pracowniczej, zabawnej czapeczki z logo firmy w kolorze intensywnego bordo. Westchnęła. Zamrugała. Znowu westchnęła. W końcu zebrała się w sobie, wyprostowała i ignorując nerwowe skurcze żołądka, ruszyła w stronę stolika.
Zbliżała się powoli i czujnie, jak kot, wpatrzony uważnie w ofiarę. Z tą małą różnicą, że ona nie miała zamiaru atakować, raczej grzecznie dać znać, że… czas iść. Z drugiej jednak strony miała ochotę uściskać biedaka. Gdy się zbliżyła, dostrzegła dokładniej cierpiętniczy wyraz jego twarzy, bezgraniczny smutek w oczach, żal malujący się w krzywiznach zmarszczek i coś aż ścisnęło ją za serce. Szczególnie, że wyglądał za młodo, jak na kogoś tak dogłębnie cierpiącego.
Zawahała się. Jeśli go wyrzuci, będzie czuła się paskudnie. Ale co ma zrobić?, przecież lokal trzeba zamknąć. To nie jest noclegownia, a ona, pomimo swojej manii zbawiania świata, nie może zaopiekować się ot tak człowiekiem spotkanym w miejscu pracy. To nie jest zagubiony kotek czy piesek ze złamanym ogonem. To mężczyzna. Przystojny, młody, wysoki, nieszczęśliwy.
Kolejne westchnienie.
- Przepraszam? – odezwała się niepewnie, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Spróbowała więc jeszcze raz, głośniej: - Proszę pana? Przepraszam, ale my zamykamy.
Nie do końca taki był plan. Wyrzucała go praktycznie na bruk, a miała ogromną ochotę przytulić jego wielkie ciało i powiedzieć, że wszystko będzie już dobrze, a życie naprawdę jest piękne. Wystarczy tylko zamknąć oczy, policzyć do dziesięciu i bardzo mocno w to uwierzyć.
- Słucha mnie pan?
Nie słuchał. Dalej patrzył tępo przed siebie i udawał, że nie istnieje. Bardzo chciałby być niczym. Niestety, był czymś. Niebyt nie ma formy, a on ją posiadał. Ba, co tam forma – miał całkiem porządną rzeźbę. Która teraz była pełna smutku, zmęczenia i czarnej rozpaczy. Ludzie są z natury pełni czarnej rozpaczy. Właściwie, na Ziemi porzuca się ich tylko po to, by… Właściwie dla samej idei porzucania. Ktokolwiek tam na górze bawi się tym światem, sprowadza istoty ludzkie na Ziemię w celach rozrywkowych, żeby pośmiać się z tego, jak nic im nie wychodzi. Na pewno tak jest. Na pewno.
Marysia dotknęła lekko jego ramienia. Jedyną reakcją, jakiej się doczekała było mrugnięcie i westchnienie pełne melancholii.
- Ja naprawdę nie chcę pana poganiać, ale…
I nagle jego smutne oczy spojrzały prosto na nią. Na chwilę świat zadrżał, serce zgubiło rytm i poczuła takie przerażenie, jakby zdawała właśnie egzamin z życia.
- Pójdzie pani ze mną do łóżka? – zapytał wielkolud, z głową opartą na blacie, z rozpaczą wymalowaną na twarzy i z napięciem widocznym w mięśniach.
Dziewczyna aż zachłysnęła się powietrzem.
- Słucham?
Głowa na stoliku tylko bezwiednie przechyliła się na bok.
- Jestem w rozpaczy - stwierdziła stanowczo – Pani, jako dobry człowiek, musi mi pomóc. Chcę, żeby pani ze mną spała – przedstawiła swój punkt widzenia – Nie chcę się kochać, chcę tylko móc kogoś przytulić i udawać, że razem umieramy.
Maria nie wiedziała czy ma uciec z krzykiem lub uderzyć biedaczka w twarz, czy poczerwienieć i pełnym godności krokiem wycofać się do kuchni, a  tam poprosić o ratunek Adriana. Zdecydowała się na pozycje neutralną – pytanie:
- Po co to panu?
Głowa podniosła się ze stolika i usiadła prosto, odwracając wzrok.
- Proszę pani, ja od dwóch lat nie spałem sam w pokoju. Sądzi pani, że dam teraz radę – ot, tak - zasnąć w pustym mieszkaniu?
- Niech pan sobie kota kupi – to było pierwsze, co wpadło jej do głowy. Niestety, chyba mu nie pomogło.
- Mam na imię Piotrek i jestem zdesperowany – przedstawił się, wciąż na nią nie patrząc, ale wyciągając wielką dłoń w jej stronę. Gdy niepewnie ją uścisnęła, potrząsnął nią żwawo.
- Mam na imię Maria i muszę zamknąć ten lokal.
- Niech pani zamyka, śmiało. Ja tutaj umrę z rozpaczy. Sam. Bez miłości i sensu. Bez nadziei – westchnął, ale po chwili dorzucił jeszcze, przypominając sobie: - I bez kota.
Dziewczyna wzięła się pod boki i przewróciła oczami.
- Dramatyzuje pan – pokręciła głową.
- O, doprawdy? – zdenerwował się i poderwał do pozycji stojącej.
Jezus Maria, jaki on był wysoki. A jaki nadpobudliwy.
- Mała? – odezwał się zza baru Adrian, patrząc groźnym spojrzeniem na odgrywającą się scenę. Oboje odwrócili ku niemu spojrzenie: Piotrek – skonsternowane, Marysia – uspokajające.
- Nic się nie dzieje – przekazała mu bezgłośnie – Dam radę – potem zwróciła się głośno do swojego właściwego rozmówcy – Pan jest pijany? – zapytała.
Złagodniał, jego oczy na powrót stały się bezkreśnie smutne.
- Tylko nieszczęściem. Zadziwiające, jeszcze przed kilkoma dniami moim jedynym trunkiem była prawdziwa miłość. Może i trochę szczeniacka – zapatrzył się w dal, wzdychając głęboko – Ale jednak pierwsza miłość smakuje najintensywniej ze wszystkich i najdłużej chwyta za serca. Czy pani była kiedyś zakochana?
Maria nie wiedziała, co on dostrzega w tej szaro-burej ulicy, gdzie zapisane są słowa, które tak płynnie i emocjonalnie recytuje i przede wszystkim wciąż nie była pewna, jak powinna się zachować. Pokręciła głową i odpowiedziała, po chwili zastanowienia:
- Nie, tak naprawdę chyba jeszcze nie była.
Przytaknął, jakby znał całe jej dotychczasowe życie.
- Na pewno pani nie była. I we mnie się pani nie zakocha.
- Dlaczego? – zamrugała, krzyżując ramiona na piersiach. Nie była pewna, czy to, co przemknęło przez jego twarz, było uśmiechem. Przymknęła powieki i pokręciła głową, próbując odgonić natrętne myśli. – Ile pan ma właściwie lat? I jak długo zamierza jeszcze pan tutaj siedzieć?
- Skąd ta wrogość? – teraz była już pewna, że się uśmiechał. Za to jej wcale nie było do śmiechu.
- Marysia… - odezwał się ponownie Adrian zza baru, ale oboje go zignorowali.
- Dwadzieścia dziewięć, a pani?
- Kobiet nie pyta się o wiek… - uznała za stosowne się oburzyć. To podobno świadczyło o kulturze.
- Założę się, że nie więcej niż dwadzieścia dwa – opuszkiem palca dotknął ust i zmarszczył brwi, oglądając ją od stóp do głów.
- Dwadzieścia jeden – uściśliła, próbując nie zarumienić się pod jego spojrzeniem.
- Jeszcze ma pani czas, aby się zakochać – smutek powrócił na jego twarz, a zrobił to tak nagle i tak przejmująco, że Marysia aż się wzdrygnęła. Piotr westchnął głęboko – Nie będę już pani niepokoił. Ale nie ukrywam, że mam jeszcze zamiar wpadać do „Blanki”.
Nie skomentowała tego. Przecież nie mogła zabronić mu odwiedzać kawiarni, szczególnie, że on był klientem, a ona nie była właścicielką.
- Do zobaczenia, mam nadzieję – pożegnał się, wymijając ją i już kilka sekund później zamknęły się za nim drzwi, a Maria upadła ciężko na krzesło.
- Co za dzień – pokręciła głową, oddychając głęboko – co za wariat… 

Uczuć nigdy nie można być pewnym, bo one tak już mają, że lubią wodzić człowieka za nos i utrudniać mu życie. Szczególnie, gdy jest się jeszcze młodym i niedoświadczonym, gdy chce się żyć, odkrywać, czuć i kochać. Kiedy chce się poznawać i doświadczać. Kiedy wyrabia się charakter, bazując na własnych błędach. Bo największym błędem jest niepopełnienie żadnego.
Nie pojawił się przez tydzień, chociaż z niewiadomych sobie przyczyn, chciała, aby się zjawił.
Pogoda bawiła się z miastem, raz prezentując mu swoją dobroć, raz potęgę złości i bezgranicznego smutku. Kiedy na chwilę zza czarnych chmur ukazywało się słońce, Marysia przypominała sobie o jego bladym uśmiechu. Kiedy budynki po drugiej stronie ulicy zaczynały chować się za gęstą ścianą kropel wody, widziała w nich jego twarz pogrążoną w smutku, nieprzytomną, otępiałą i cierpiała wtedy razem z nim.
Zastanawiała się, co go spotkało. Ale wyglądało na to, że chyba nigdy nie pozna odpowiedzi, bo chociaż „Blanka” była pełna gości, tego jednego wciąż brakowało.
- Słodka – Adrian szturchnął ją biodrem, wyłaniając się z kuchni z czerwoną tacą w dłoniach – Zjadłaś dzisiaj śniadanko? Bladziutka jakaś jesteś. A może wyprosić ci rogalika u Dżekiego?
Nikt nie wiedział, jak tak naprawdę nazywa się Dżeki - poza szefem. Był chyba największą chodzącą tajemnicą tego miasta, ale spokojnie utrzymywał się w łaskach ludności, bo tworzył najpyszniejsze dania w całym kraju.
- Nie, dziękuję – Marysia zamrugała, prostując się i odruchowo poprawiając zabawną czapeczkę, wsuniętą na włosy – Nie jestem głodna.
- Może i nie odczuwasz głodu, ale twoje ciało domaga się pożywienia – zapewnił ją przyjaciel, prawie wciskając jej tacę w dłonie i upewniając się, że na pewno mocno ją trzyma i sama się nie przewróci – Nie można oszukać żołądka, ani mnie by the way. Jesteś blada, wątła, jakaś taka mizerna. Sprawiasz, że czuję się zmartwiony – teatralnym gestem dotknął jej czoła, sprawdzając temperaturę.
Pokazała mu język, a jej oczy na moment błysnęły wesołością.
- Nic mi nie jest – zapewniła go – Ja tylko…
- Myślisz – wzdrygnął się, lokując swą postać za barem – A to najstraszniejsza choroba ludzkości.
Nie skomentowała tego - nie miała możliwości, bo Adrian zainteresował się nagle kolejną klientką. Uśmiechnęła się tylko znacząco i przewróciła oczami. Ruszyła na salę, zbierając brudne naczynia z wolnych stolików i przecierając starannie blaty. Musiała przyznać, że czasem zazdrościła Adrianowi tej wrodzonej pewności siebie i łatwości nawiązywania kontaktów. Chociaż sama nie była szarą myszką, pozbawioną jakichkolwiek znajomych, czasem chciałaby po prostu móc podejść do każdego i porozmawiać, nie martwiąc się przy tym, co wszechświat sobie o niej pomyśli. To bardzo ułatwiłoby jej życie, szczególnie w kontaktach damsko-męskich.
Dlaczego powiedział jej wtedy, że w nim się nie zakocha? Czyżby sugerował, że na zawsze pozostanie sama? Może zauważył w niej coś, co skłoniło go do wywróżenia jej staropanieństwa? Jakim prawem on śmiał ją oceniać na podstawie szybkiej wymiany zdań i kilku… Och, ci mężczyźni. Zawsze, wszyscy tacy sami. Wydaje się im, że są władcami świata, że pozjadali wszystkie rozumy, a gdy napotkają kobietę na swojej drodze, od razu przyjmują postawę samca alfa i chcą dyrygować jej życiem. Nawet nieznajomej!
Trzasnęła tacą, wchodząc do zaparowanej kuchni i kładąc ją na blacie.
- Spokojnie, maleńka.
- Na imię mi Maria – odgryzła się szybko i znowu zniknęła za drzwiami.
Dżeki tylko wzruszył ramionami.
- Twoja stłuczka, twoja wypłata – mruknął do siebie i wrócił do wygwizdywania starych, cygańskich melodii. Dżeki utrzymywał, że gdy był siedmioletnim dzieckiem zamożna rodzina kupiecka z lepszej sfery zabrała go z wędrownej gromady cygańskiej, bo zauważyła w nim wielki potencjał.
- Byłem bystrym chłopcem – mówił – Wyróżniałem się na tle tej miernoty.
Chociaż mówił o swojej rodzinie z pogardą, wszystkie cygańskie tradycje traktował z szacunkiem. Opowiadał nieraz, że każdego Bożego Narodzenia zabierał kocioł pełen gorącej zupy, stawał na głównym rynku i częstował nią przechodzących bezdomnych. Mówił, że to na pamiątkę swoich ubogich, wędrownych korzeni.
Nikt nie wierzył jego historiom, ponieważ był bielszy niż styczniowe opady śniegu i wcale nie wyglądał na cygańskiego chłopca.
- Jesteś zła? – Adrian robił małe latte miętowe z cynamonową pianką. Jednocześnie zerkał zmartwiony na przyjaciółkę i uśmiechał się zalotnie do klientki. Swoją drogą, czyż to nie dziwne, że „Blanka” obsługiwała głównie kobiety?
- Nie – warknęła Marysia, łapiąc w dłonie ściereczkę – Właściwie jestem radosna jak skowronek. Czuję się tak niesamowicie lekka, że zaraz pewnie odfrunę i zmuszony będziesz ściągać mnie z sufitu.
- Niekoniecznie, mam coś, co z łatwością ściągnie cię na ziemię.
I wtedy to zauważyła.
To nie był zwykły bukiet kwiatów. Tak radosnych, nieokiełznanych, promiennych słoneczników nie widziała jeszcze nigdy w całym swoim niemal ćwierćwiecznym życiu. Nie, to nie mogło być prawdziwe. Małe słońce w „Blance”, kiedy na zewnątrz pogoda grozi, że nigdy nie przestanie znęcać się nad mieszkańcami. Marysia rzuciła ściereczkę w kąt i próbowała uspokoić oddech.
- Kto to przysłał?
- Nie wiem.
Spojrzała na Adriana, jakby mówił w obcym języku.
- Dla mnie? – zapytała głupio, na co on wybuchnął śmiechem.
- Nie. Dla Dżekiego.

Słoneczniki są symbolem nieokiełznanej miłości, jakkolwiek to sformułowanie rozumieć. Tak powiedział Internet. Wyglądały zjawiskowo w błękitnym wazonie na tle białej ściany, gdzie je postawiła. Miała sporo kłopotu z dostarczeniem ich do swojego mieszkania, szczególnie, że korzystała z komunikacji miejskiej, ale dla takiej ilości piękna, śmiało mogła się przecież poświęcać.
Wiedziała już, kto je przysłał. Maleńka błękitna karteczka zawieruszona gdzieś pomiędzy liśćmi informowała tylko o nadawcy i odbiorcy: dla ciebie - Piotr.
Nie wiedziała, jak w takim wypadku powinna się co do niego ustosunkować – wierzyć mu czy nie? Czekać na niego czy nie? Liczyć na coś czy nie? Może te kwiaty były jakimś pokrętnie i nie do końca jednoznacznie zrozumiałym pożegnaniem z jego strony? Może gdzieś wyjeżdżał i nie zamierzał wrócić?
Ale właściwie… dlaczego zakładała od razu, że są one czymś negatywnym? Może tak naprawdę miały być zapowiedzią czegoś niezwykłego w jej życiu. Przygody. Podróży. Romansu…
- I we mnie się pani nie zakocha… - przypomniała sobie jego słowa, co było jak zimny prysznic. Poraziło całe jej ciało aż do najdrobniejszych zakończeń nerwowych.
Dlaczego się w nim nie zakocha? Marszcząc czoło, ruszyła do łazienki. Dlaczego się w nim nie zakocha? Myślała, parząc sobie wieczorną herbatę z cytryną. Dlaczego się w nim nie zakocha? Zastanawiała się, siedząc na kanapie i wpatrując się w słoneczniki. Dlaczego się w nim nie zakocha? Rozważała, przykrywając się kołdrą.
Odwiedził ją we śnie. Uśmiechał się. Wyglądał na zadowolonego. Był boso, nosił dżinsy i biały podkoszulek, śmiesznie na nim wiszący. Wyciągał do niej dłoń, ale ona bała się ją ująć. Stała, przyciskając ją do serca, patrząc na niego niepewnie. Widziała siebie z boku, patrzyła na swoją przestraszoną twarz. Nie spodziewała się tego. Nie spodziewała się jego.
Piotrek tylko się uśmiechał. W końcu opuścił dłoń i wzruszył ramionami. A potem rozpłynął się w powietrzu. Czyżby tylko się nią bawił?
Musiała czekać równiutko tydzień, żeby się tego dowiedzieć.
Tego dnia świeciło słońce, a jego zbawienna moc była tak intensywna, że Marysia pokusiła się o założenie spódniczki, nie spodni do pracy. Od progu uśmiechała się do wszystkich i wszystkiego, argumentując, że „ma prawo być szczęśliwa bez powodu”. Adrian kręcił tylko głową z politowaniem, ale widać było, że jemu także dopisuje dzisiaj humor. Nawet Dżeki śpiewał tylko radosne cygańskie piosenki.
Szczerze mówiąc, nie spodziewała się go akurat dzisiaj. Nie miała żadnego szczególnego przeczucia, nie otrzymała żadnego boskiego znaku, nie stało się nic nadzwyczajnego, poza tym, że pokazało się słońce. Słońce – słoneczniki. No, tak. Mogła się domyślić…
- Witam panią – uśmiechnął się szeroko.
- Witam pana – odpowiedziała po całych dziesięciu sekundach, kiedy zdążyła już dojść do siebie – co pan tutaj…?
- Przyszedłem panią porwać, Marysiu – uśmiechnął się łobuzersko.
Był taki inny niż wtedy. Beztroski, wesoły, śmiały. Wyglądał też znacznie lepiej. Nabrał ciała i koloru, zgubił sińce pod oczami. Założył szary sweter i dżinsy. I tenisówki. Hmm, chyba miał nadzieję, że słońce zostanie z nimi już do końca. Na zawsze.
- Już panu lepiej?
- Oczywiście. Człowiek nigdy nie wie, kiedy mu cegła na głowę spadnie, ale jak już jest po wszystkim, jedynie czas jest go w stanie wyleczyć. I niemyślenie. Dlatego czekałem i nie myślałem. A dzisiaj przyszedłem zabrać panią na spacer i powiedzieć, że kłamałem.
- Pan? – zdziwiła się – Na spacer? Pan kłamał?
Kiedy? Przecież spędzili ze sobą zaledwie pięć minut…
- Kłamałem – przyznał się z bólem, przytakując żywo – Powiedziałem pani, że umrę bez kota. Wczoraj kupiłem kota.
- Moje gratulacje – uśmiechnęła się, rozbawiona – Jak się sprawuje?
- Nazwałem go Apsik i myślę, że to był błąd. Kotom powinno się nadawać dumne imiona, jak na przykład Achilles, może wtedy tak piekielnie by nie drapały – pokazał jej swoją dłoń, pooraną cienkimi czerwonymi liniami.
- Och – zmarszczyła brwi, łapiąc jego rękę i oglądając pod różnym kątem – chyba rzeczywiście się nie polubiliście.
- Pracujemy nad tym – uśmiechnął się i korzystając z sytuacji, na chwilę złapał jej dłoń – To co z tym spacerem?
Marysia rozejrzała się niepewnie po lokalu.
- Nie wiem, nie mogę sobie pozwolić na przerwę…
- Spokojnie, to nie będzie trwało długo. Mam tylko zamiar panią przekonać, piętnaście minut i jest pani spowrotem.
- Przekonać? – pokręciła głową – Ale do czego?
- Że jestem kiepskim filozofem – westchnął teatralnie – Bo niby dlaczego miałaby pani się we mnie nie zakochać?      

THE END



-----
troszkę postarzyłam naszego Piotrusia, ale sytuacja tego wymagała.

3 komentarze:

  1. wielbię Ciebie, w każdym monecie! :D


    a tak na serio, to pokochałam ten tekst ♥
    Piotrek! ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. alleee fajna historia. Super piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń